logo
intro

Do tekstów o losach Kresowian i Sybiraków chciałam dołączyć wspomnienia Heleny Błażewicz, nauczycielki, wieloletniej mieszkanki Kwidzyna. Była  Ona przyjaciółką mojej nieżyjącej już mamy, Janiny Barancewicz, rocznik 1912, też nauczycielki w Kwidzynie, dokąd zostaliśmy repatriowani z Wilna.

Pani Helena Błażewicz przyjechała z Domem dziecka ze Związku Radzieckiego.

Wspomnienia Jej przechowała, uczennica p. Heleny, Jadwiga Dziubek z domu Miklewicz, również członek KMOK

Ja przepisałam je na komputerze .

Wspomnienia te są bardzo szczegółowe, zawierają dużo nazwisk i faktów i przez to są cennym dokumentem tamtych czasów. Czytając ocenicie sami!

19 listopada. 2012 r.                                      Zuzanna Skorżyńska z domu Barancewicz,

Wspomnienia Heleny Błażewicz  (1907 r. - 1991 r.)
/tekst przepisany z oryginału/

Wspomnienia Heleny Błażewicz, urodzonej w 1907 roku w Kałuszu, woj. Stanisławów z rodziców Anieli i Bazylego Kaszowskich.

            Maturę zdałam w Stryju w 1929 roku i w tym roku zaczęłam pracę w szkole podstawowej we wsi Dzienowiszki, gmina Wiszniew , powiat Wilejka, województwo Wilno. W 1936 r. Wyszłam za mąż za Czesława Błażewicza. W 1937 r. urodziłam syna Stefana i w tym roku zamieszkałam w majątku męża "Panieki" i zaczęłam pracę w szkole w Wiszniewie.

W 1938 r. urodziła się córka Krystyna.

            W 1939 r. Kazano mi uczyć w języku białoruskim, którego nie znałam. Z początkiem grudnia wysłano mnie na kurs języka białoruskiego w Wilejce. Po tym kursie, dwutygodniowym – wykształcona, dalej pracowałam w Wiszniewie, do mojego aresztowania.

            16 września 1939 roku przyszedł aresztować mojego męża Czesława "predsiedatiel", czyli wójt gminy, Jan Knyr w towarzystwie wyrostków z karabinami. Męża w domu nie było. Pan Knyr zrobił rewizję szukając broni, ale nie znalazł. Spisał inwentarz, w magazynie worki z mąką i zbożem oraz zapasy mięsa i wędlin i zabronił z tego korzystać, czego nie usłuchaliśmy. Od tego dnia mąż krył się w swoim lesie znając zakamarki i schowki, a teść donosił mu jedzenie. Czasami zachodził do domu ogrzać się lub zmienić bieliznę. Raz, po jego po jego wizycie, na drugi dzień zjawiał się Knyr ze swoją zgrają. Zawiadamiał go syn naszych pracowników, Roman Miłoszewski.

            16 października, z powodu chłodów musiał nas Czesław opuścić, udał się przez granicę litewsko - białoruską do Wilna, do swojej siostry Zofii Szwed. Ostatni raz widziałam Czesława w styczniu 1940 roku, gdzie przymusowo byłam na kursie języka białoruskiego, narażając się na aresztowanie przechodząc granicę.

Czesław został zamordowany 8.12.1843 r.

Po kursie pracowałam dalej w Wiszniewie. Dziećmi moimi opiekowała się Miłoszewska (matka Romana), bo gosposię, parobka i nianię władze gminy zmusiły do porzucenia pracy u nas. Sąsiad Franciszek Tumasz zawiadomił mnie i sekretarza gminy p. Farynę, że jesteśmy na liście do aresztowania. Szwagier Faryny, Józef Kamieniecki skrył nas w gąszczu lasu pod rozłożystym świerkiem, gdzie przestaliśmy całą noc i następny dzień. Rano przed świtem słyszałam szczekanie naszych psów, to wówczas zabrali teścia, który wyszedł zobaczyć dlaczego psy szczekają. Nie pozwolili mu wziąć chleba i ciepłego ubrania. Był poważnie chory na tarczycę i serce. Razem z nim wywieźli "oddanego im" Jana Knyrę.

Późnym wieczorem wróciłam do domu i w ubraniu położyłam się do łóżka i momentalnie usnęłam. O północy zbudzono mnie, zobaczyłam nad sobą dwóch ruskich oficerów i Miłoszewską z lampą w ręce. Kazali mi wstać i zrobili rewizję, szukali broni – bez rezultatu. Kazali mi ubrać się, by pojechać z nimi do gminy na chwilę, by podpisać jakiś dokument.

Ponieważ moje walonki były przemoczone, weszłam w walonki teścia, założyłam pilotkę, płaszcz wełniany i burkę podróżną. Ktoś niewidzialny nachylił mnie  nad łóżeczkami dzieci, Stefana i Krysi, pocałowałam je i spokojnie poszłam ze zbirami do naszych sań, którymi powoził Roman, na naszych saniach i na młodej mojej klaczce rasy angielskiej.

Zajechaliśmy nie do gminy tylko do mojej szkoły i do mojej klasy, gdzie już była grupa mężczyzn i jedna kobieta p. Czajkowska, żona policjanta w Wiszniewie. Noc kończyła się więc upomniałam się o dzieci zostawione same w domu, gorąco zapewniali mnie, że dzieci mi dowiozą.

Rano 10 lutego 1940r., 27 sań czekało na nas, było 54 mężczyzn i my dwie kobiety, w  co trzecich saniach na płozach jechał żołnierz.

            Gdy ruszył pochód sań, odezwały się dzwony kościelne, ludzie stali na ulicach i żegnali nas z płaczem. Na moje sanie p. Postępska, żona agronoma w czasie jazdy wrzuciła zawiniątko związane rzemieniem. Żołnierz wskoczył, by sprawdzić zawartość. Zostawił mi wszystko, bo bomby tam nie było, tylko letnia kołdra, jasiek, ręcznik i kilka jabłek.

W więzieniu zabrano mi rzemień i 90 rubli, które miałam w kieszeni w burce, na co mam pokwitowanie. Ale nie mogłam za nie kupować w sklepiku więziennym cebuli i papierosów (niczego tam więcej nie było), bo byłam uważana za wielką przestępczynię. Przez 5 miesięcy , przynajmniej trzy razy w tygodniu prowadził mnie żołnierz na przesłuchanie, z psem, do małego więzienia przy sądzie. Śledztwa odbywały się przeważnie nocą. Główny mój śledczy nazywał się Michał Gubarewicz. Był nawet dobry, ale musiał udawać srogiego, ze względu na współpracownika, młodego, gorliwego w krzyku i przyskakiwaniu do mnie z rewolwerem. Bałam się ale udawałam bohatera, aby nie zauważyli, że się boję. Słyszałam jęki i płacz z sąsiedniego pokoju, słychać było uderzenia, chyba gumą. Młody chłopak krzyczał i wołał "mamo!" Moich łez nigdy nie widzieli, choć serce zamierało ze strachu, nogi drżały, aż musiałam je naciskać rękami, aby tego nie zauważyli.

Dowodzili, że dzieci zostały same, płaczą i wołają: "mamo", a ja tu niepotrzebnie siedzę i z uporem nie chcę się przyznać do niczego, a oni o wszystkim bardzo dobrze wiedzą, co robiłam i z którymi osobami spiskowałam. Chcieli, żebym wymieniła jakieś nazwisko, np. Kto u nas bywał, z kim się przyjaźniłam i bardzo im zależało, żebym mówiła cokolwiek o naszym proboszczu. A ja widziałam tego staruszka tylko przy ołtarzu. To był ksiądz, który 3 lata był więziony na wyspie Sołówki i przez Polskę został wykupiony i zaraz dostał naszą parafię. Zdaje mi się, że nazywał się Ciszewski. Starali się wmówić mi, że mają mego męża, że on płacze na śledztwach i mnie obwinia: "on wszystko nam mówił, tylko ty milczysz, pewnie myślisz, że Polacy wystawią ci pomnik i dodał: "ch... ci wystawią".

Gubarewicz mówił do mnie przez "wy", a ten drań - "ty". W pierwszym dniu powiedziałam mu, że z nim świń nie pasłam. Skoczył jak oparzony, pomyślałam: będzie lanie, ale Gubarewicz stukaniem ołówkiem w biurko uspokoił go i powiedział "da, da ona prawa", ale nasłuchałam się wrzasku i takich różnych przyjemnych wyrazów. Ale przez moment była moja góra.

Strażnicy byli różni, np. Jednego nazywaliśmy "siem raz niekrasiwyj", był piegowaty niesamowicie i taki też był złośliwy, krzyczał, popychał, skracał pobyt w łazience z ubikacją. Był też inny, którego nazywaliśmy "ojciec". Zwykle nie wolno było modlić się głośno, śpiewać ani siedzieć na podłodze. Przy "ojcu" wszystko było wolno, gdy przynosił rano herbatę i chleb, to czekał, aż skończymy się modlić.

W mojej celi była dziewczyna, Maria Iwanowska z Kurzeńca koło Mołodeczna, aresztowana za to, że była narzeczoną policjanta w Mołodecznie. Nie wiedzieliśmy, że stała się konfidentką. Z nami modliła się i z nami płakała. Na jednym śledztwie ona była obecna jako moja oskarżycielka, mówiła, że organizowałam partyzantkę, że miałam łączność z zagranicą, że współpracował ze mną ksiądz Ciszewski, proboszcz z Wiszniewa (o pseudonimie "Żyrafa", a mój [pseudonim - "Małpa"), krzyczała do mnie :ty polska świnio, burżujko, krwiopijko i inne słowa mniej przyjemne. Po tym przesłuchaniu już do naszej celi nie wróciła.

Na jej miejsce dali nam dwie wariatki i była od początku pani Zabłocka, milcząca dziwaczka, siedząca zawsze przy drzwiach w kąciku. Myślałyśmy, że jest pomylona. Obserwowała wszystkich i raz ostrzegła nas przed Marysią, ale nie wierzyłyśmy jej, a potem przekonałam się na "własnej skórze". Druga wariatka Klara, ta z pod Ostrej Bramy, trzecia, to młoda kobieta ze wsi, ciągle kłóciła z Klarą. Bywało tak i często, że Klara w nocy klękała i modliła się głośno. Uciszała ją p. Zabłocka spokojnie, a ta trzecia rzucała się na Klarę i był wrzask i już po naszym spaniu. Tak trwało kilka dni. Założyłyśmy głodówkę, aby zabrano wariatki. Przychodziły komisje, namawiali, obiecywali, ale trwaliśmy przy swoim. Ja miałam skórki chleba i tym podkarmiałyśmy niewytrzymałe. Czwartego dnia zabrali dwie wariatki, a p. Zabłocka została.

Jednego dnia przesłuchiwał mnie komunista Polak w obecności wielkiej szyszki ruskiej. Mówiłam po polsku, postawił mi przed twarzą bardzo silna żarówkę, paliła twarz i oczy, ale nie wolno mi było zamknąć oczu. Był to dzień 3 kwietnia przed obiadem, z tego śledztwa zaprowadzono mnie do karcerów. Najpierw do gorącego, ciemnego smrodliwego z odchodami ludzkimi, które nadepnęłam. Stąd omdlałą wyprowadzono mnie na korytarz, zabrano mi płaszcz i półprzytomną wepchnięto do karceru zimnego. Okno i wilczek bez szyby, z zewnątrz wilczek odstający, więc cały czas był przewiew.

Karcer był długi na trzy kroki, szeroki na półtora kroku. W kącie stała "parasza", nie wolno mi było na niej usiąść, ani na podłodze. Żołnierz ciągle zaglądał, czy nie siedzę. Dziennie dostawałam kawałek chleba i menażkę niby herbaty. Do karcerów wprowadzono mnie we środę przed obiadem, a w sobotę na dalsze przesłuchanie do innego śledczego. Powitałam "doświdania" zamiast "zdrastwujcie". Pokój był duży, zastawiony biurkami, a przy jednym siedział śledczy, zaczął pytać, jak zwykle wciąż o to samo. Odpowiadałam przytomnie i wieczorem wróciłam do celi. Opalona na Murzyna, gdyż byłam w krótkiej podomce z szerokimi rękawami. Jak biorą ba śledztwo to żołnierz popędza "bystrej", więc, kto co ma pod ręką podaje ofierze. Nie zabrali mi pilotki i rękawic, które chytrze schowałam za pasek podomki, to mnie trochę ratowało. Trzeciego dnia w piątek już majaczyłam: widziałam na podłodze wojsko maszerujące, przytomniałam i znowu widziałam dużo sztandarów różnokolorowych, a najwyraźniej nasz biało-czerwony, niósł go chłopak w rogatywce białej z czerwonym paskiem. Przytomniałam i znowu wracały widzenia, widziałam teścia z zawiązanymi oczami szeroką czarną opaską. Myślałam, że pewnie nie żyje. Ale po spotkaniu go potem, dowiedziałam się, że w tym czasie chorował. W sobotę wieczorem wróciłam do celi opalona na Murzyna, wiatr więzienny również opala.

Zabieranie na śledztwo odbywało się w piekielnym tempie: strażnik otwierał drzwi i w drzwiach stawał żołnierz z karabinem i wołał "na bukwu B" – czułam, że o mnie chodzi, ale nie zgłaszałam się, bo była też Bublej Tania. Ona śmiało wymieniła swoje nazwisko, a potem musiałam wymienić swoje, a on ryczał: "bystrej, dawaj, dawaj". Wówczas przed karcerem podano mi podomkę przykrótką, z szerokimi rękawami, na nogi krótkie kozaczki, dlatego miałam opalone ręce i nogi – miejsca nie zasłonięte.

Szło się zawsze z "ruki w zad", a przy mnie pies, za mną żołnierz z karabinem, Szłam i modliłam się. Najczęściej szłam w walonkach teścia i po długim korytarzu specjalnie głośno nimi człapałam. Tyle mojej satysfakcji. Miałam też "oczną stawkę" z Faryną. Stał daleko za mną, a mnie zapowiedzieli, że nie wolno mi się odwrócić do tyłu. Biedny, mówił to czego go nauczyli, głosem płaczliwym i trzęsącym się: że prowadziłam organizację przeciw ZSRR, że miałam skład broni, że miałam łączność z zagranicą, że Czesław zorganizował oddział konny pod nazwą "Krakusy" i inne moje grzechy bez składu i ładu. Mimo ostrego zakazu odwróciłam się i zobaczyłam dużą czerwoną głowę, podtrzymywali go dwaj żołnierze. Zrobili z niego wariata. A mnie dostało się dużo krzyku i wrzasku.

            Po trzech miesiącach przeniesiono mnie do małego więzienia przy sądzie. Tam widziałam Farynę na spacerze z więźniami, on biegał po całym placu, rzucał kamykami ze śmiechem i coś pokrzykiwał. Okno nasze było dość wysoko, więc stanęłam na ramionach koleżanki na moment, by nie zauważono tego wybiegu. Pierwsze trzy miesiące byłam w dużym więzieniu w Wilejce, na trzecim piętrze, ze schodów na prawo i po lewej stronie trzecie drzwi od końca, to moja cela, numeru nie pamiętam. Naprzeciw była cela pojedynku i w niej krótko przebywał śledczy jako więzień. W naszych drzwiach była niewidoczna szczelina, przez nią widziałyśmy, gdy jego zabierano na śledztwo lub do łazienki- ubikacji. Był średniego wzrostu, włosy miał czarne kędzierzawe. Przez kilka dni nie było go, a jak wrócił ostrzyżony, nędzny i w samej koszuli. Wieczorem usłyszałyśmy ruch na korytarzu, był mój dyżur przy szparce. Zobaczyłam tylko nogi i brzuch, reszta w górze – wiedział, że nie ma dla niego innego wyjścia, powiesił się.

Jak zwykle szukałyśmy na ścianach w ubikacji wiadomości wydrapywanych w wapnie. Jego wiadomość była pisana ołówkiem : "nie pomożet mnie aptieka ni mundrość opytnych wraczej, za czym muczyć czełowieka. Boże smiert przyszlij skorej" –(podpis) Obod, praszczajcie Lusia i Olaf."

            Była w mojej celi p. Śleszyńska, z domu księżna Lubomirska. Znałam jej syna Olka, gdy był na praktyce we wsi Dzienowiszki, w tej wsi pracowałam przez 8 lat, Olek robił pomiary sąsiednich pól. Pani Śleszyńska chętnie o nim rozmawiała. To była piękna kobieta, włosy miała długie, faliste, jasny kasztan i długie poniżej pasa. Była chiromantką i mnie powiedziała wiele z przeszłości, o mężu, że jego i dzieci moich nigdy nie zobaczę, ale dla pocieszenia dodała, że linie mogą się zmienić. To samo powiedziała mi pewna kapitanowa, wdowa po kapitanie carskim, wówczas kiedy już byłam  niby na wolności, na Syberii w Górach Ałtajskich.

19 czerwca 1940 roku wywieziono mnie z dużą grupą kobiet i mężczyzn do Mińska, ciężarówką do Orszy, a tam czekaliśmy w błocie przy torach kolejowych na pociąg do Mińska. Mężczyznom było gorzej, bo musieli klęczeć w błocie, my przykucnęłyśmy udając, że klęczymy.

Gdy przyjechał pociąg zaczęliśmy wsiadać, z jednej strony wagonu kobiety, z drugiej strony mężczyźni, przedzielały nas drzwi z okienkiem szklanym. Pani Śleszyńska zobaczyła męża, a ja sąsiada Kazimierza Tumasza. Mężczyźni wyważyli drzwi i wielu znajomych sobie. K. Tumasz miał ogromną głowę i nosił okulary. Ta duża głowa i ślepota to skutki śledztwa, na którym tłukli głową o ścianę. W czasie rewolucji Śleszyńscy uciekli do Polski. Mieli majątek "Zapole" koło Konstantynowa w powiecie święciańskim.

W Mińsku więzienie znajdowało się pod ziemią. Cela była wysoka na 3 metry, okienko pod sufitem, może 30 cm szerokie, okienko równało się z chodnikiem. 2 kobiety stanęły na sobie, żeby zobaczyć przez okienko, ja tej akrobacji nie próbowałam. Poprzez długi korytarz pod sufitem biegły szerokie rury, a z nich węższe rury wchodziły w ściany do cel. Tymi rurami wpompowywano nam powietrze, ale bardzo rzadko to się odbywało. Dusiłyśmy się i mdlały. Po ścianach spływała woda, nocą dyżurowałyśmy, aby zbierać wodę do "paraszy". Podłoga była betonowa, a na niej ułożone deseczki, szerokie 15-20 cm, nie były szczelnie ze sobą. Na to posłałam swoją kołdrę i burkę, a dalej płaszcze, przykrycie nie było potrzebne, bo i tak było duszno. W więzieniu w Wilejce same prałyśmy swoje szmatki, a w Mińsku bardzo dbano o czystość. Co 10 dni brano do prania i przymusowa była kąpiel - obsługiwali żołnierze. Z kąpieli wracałyśmy z wszami bieliźnianymi, bo półki były po ubraniach mężczyzn zawszone. Biedni mężczyźni byli zżerani przez wszy i pluskwy. Po powrocie z łaźni zabierałyśmy się do odwszawiania siebie, a leniwych zmuszałyśmy do tego i pomagałyśmy im. Jednej kobiecie ścięłyśmy pod przymusem kołtun. Ubikacja była o 4 sedesach i 3 kranach z zimną wodą, więc myłyśmy się codziennie i pomagały leniwym. Z jednej strony miałyśmy celę prostytutek, a z drugiej strony dużą grupę chłopców od 8 do 14 lat. Gdy ich prowadzono do ubikacji, rozbiegali się do okienek, prosząc nie o chleb tylko "papierosku", to te które paliły podawały im. Prostytutkom zawdzięczamy walkę o wpuszczenie powietrza do celi, one waliły w drzwi butami, krzyczały, w ten sposób i nas ratowały. "Parasz" wynosiłyśmy same, gdy prowadzono nas do łazienko-ubikacji.

W tym więzieniu byłam 8 miesięcy. W lutym 41 roku zaprowadzono mnie na wysłuchanie wyroku, czyli na sąd: dano mi 3 artykuły, za chęć oderwania od terytorium radzieckiego, za szpiegostwo z Anglią, za pomoc partyzantom przeciw ZSRR. Wyrok brzmiał "8 lat więzienia".

Na pytanie, jakie mam ostatnie życzenie, odpowiedziałam, żeby moje "wieszczy" dano tam, gdzie ja będę. Byli tacy, co życzyli sobie, by ich zaprowadzono do ubikacji.

8-go marca zapakowano nas do bydlęcych wagonów i powieźli nas do Kazachstanu. W czasie tej podróży dostawaliśmy raz dziennie menażkę zupy, raz herbatę i pół kg chleba. Dojechałyśmy do Kazachstanu 5-go kwietnia i tu trzymano nas w baraku cały miesiąc. Dano nam zastrzyki przeciw durowi – końskie. Ale brano nas do roboty przy budowie tamy. Tu woziłam taczką kamienie po wąskiej desce. Raz spadła mi taczka z deski, kamienie poleciały, a cały szereg za mną musiał się zatrzymać. To był dla mężczyzn odpoczynek; kilku podbiegło i ułożyli taczkę na desce, nałożyli kamienie i pojechaliśmy dalej. Potem kopałam zamarzniętą ziemię kilofami, bo ziemia była zamarznięta na pół metra, nocą bywał silny mróz.

15 kwietnia wywieziono nas pociągiem do stacji "Żaba Arka", gdzie całą noc czekałyśmy na dworze, żadnego budynku nie było, ale były tory kolejowe i był mróz. Rano przyjechała po nas ciężarówka i powiozła nas w step, do łagru "Bidaik". Na razie umieścili nas w ogromnym baraku. Po bokach były jakieś wysokie sceny, a na nich leżały same prostytutki. W dole miedzy scenami nas zostawiono. Wstrętny to był widok. Udawałyśmy, że śpimy, ale żadna z nas nie zmrużyła oka. Następną noc spałyśmy w oddzielnym baraku snem. kamiennym. Nie wiem, co się stało, bo w pewnym momencie siedziałam i darłam się nieludzkim głosem wraz z innymi. Na to przyszli strażnicy i powoli nas uspokoili, był to chyba skutek przeżyć z ubiegłej nocy.

            Pierwszy raz spałam w więzieniu na pryczy , a nie na betonie. I nawet dali po kocu, bo tam noce mroźne, a w dzień dochodziło do 40 stopni ciepła.

Było lżej, bo pracowało się na powietrzu. Łagier ten miał 800 hektarów gospodarstwa. Pracowałam przy cebuli, kapuście, burakach, kukurydzy, kawonach, koniczynie, tytoniu i sianie. Głód dokuczał, więc co się dało uskubnąć, to nasze, byle żołnierz nie widział. Gdy pracowałam przy kawonach, były jeszcze małe, ale jadalne; przynosiłam połówki w biustonoszu dla tych, które pracowały przy sianie. Przy wejściu do baraku była osobista rewizja w torbach i kieszeniach.

Dobrze działo się przy pomidorach, zjadałam ich po 60 sztuk mniejszych i przynosiłam do baraku dla innych. Ale to dobre trwało tylko dwa tygodnie. W okresie pomidorów miałam wrzód na odbytnicy, chodziłam pochylona, rozkraczona, ale lekarka (więźniarka), zwolnienia nie dała, bo  nie było gorączki.

Do pracy wychodziłyśmy przy rannych gwiazdach i wielkim chłodzie, po śniadaniu. Na obiad przychodziłyśmy na jedną godzinę, były przeważnie "szezi" - są to buraki z kiszoną kapusta, czasem trafił się w niej ziemniaczek. Na drugie była łyżka kaszy z białej kukurydzy, na kolację zabarwiona woda i kawałek chleba. Przerzucali nas z baraku do baraku, w zależności, gdzie była praca. Gdy trafiał się barak zapluskwiony, wówczas wynosiłyśmy pryczę przed barak, a tam znowu dokuczały komary i nocą było bardzo zimno, więc czym kto miał, tym się okrywał.

W czasie całkowitego zaćmienia słońca pracowałyśmy przy siane. Biedny był opiekun – żołnierz, wzywał nas do siebie i spędzał w gromadkę, biegał dookoła, pewnie bał się, że któraś uleci mu, a nam było wesoło, a uciec nie było dokąd, dookoła step i step bez końca. Może myślał, że to koniec świata, taki był przerażony – pewnie modlił się w duchu.

Pracowałyśmy w reformach i biustonoszach. Do picia wody nie donosili, ale była woda w rowach i tę piłyśmy – na dnie widoczne były robaki.

Przez cały okres pobytu w Kazachstanie, tj. 8 miesięcy deszczu nie było, a urodzaje piękne były. Doprowadzano wodę z głębokich rowów, zwanych "Afryki", z nich puszczano wodę mniejszymi rowami na całe pole. Przechorowałam tam "kurzą ślepotę", o zmroku nie trafiałam do drzwi baraku; wprowadzały mnie towarzyszki niedoli. Dostawałam rano łyżkę tranu i bieda się skończyła. Pod koniec pobytu budziłam się z martwymi nogami, koleżanki rozcierały mi je i powoli zwlekałam się z pryczy i szłam do pracy stękając.

Była z nami córka księdza grekokatolickiego, Julia Czajkowska, chora na gruźlicę. Ona do pracy nie chodziła, kręciła się przy kuchni. Kiedyś poczęstowała mnie ziemniakami ze smażona cebula na tranie, były smaczne ale mało tego było.

Wrzesień i październik 1941 roku pracowałam przy wykopkach ziemniaków. Woły ciągnęły pługi, a my wybierałyśmy ziemniaki z ziemi. Raz wygrzebałam tarantulę – wstrętne pajęczysko włochate. Zdawało mi się, że chce się na mnie rzucić, zasypałam go ziemią i przydeptałam, ile sił miałam w nodze. Ręce miałam popękane do krwi, paznokcie zgrubiałe na pół centymetra. Ręce wyleczyłam zmywając moczem, za radą starszych kobiet. 

            Z końcem października doszła nas wiadomość, że zwalniani są więźniowie i o Sikorskim, więc żądałyśmy, aby nas zwolniono. Odpowiedzieli, że to odbywa się etapami, a pracować musimy, jeśli chcemy jeść. Od strażnika dowiedziałam się, że mam na poczcie dwie paczki, upomniałam się o nie, ale mi nie dali. Jedna więźniarka, Janina Borejszo otrzymała od ojca paczkę z butami i słoniną. Raz w życiu jadłam słoninę, ale musiałam ja skrobać nożem, bo gryźć  nie mogłam. Od Janki dostałam pantofle i cieszyłam się nimi jak lakierkami, a były dobrze podnoszone.

            2-go listopada1941 roku wywieziono nas do Karagandy, gdzie w barakach czekałyśmy na wyjazd. Wysłano po kilkanaście osób na południe do Taszkientu lub Turkiestanu. Przy załatwianiu formalności dowiedziałam się, że mój teść jest w Szyryńskim Rejonie, prosiłam, żeby mnie tam skierowano, no i po awanturze zgodzili się. Ale nie orientowali się gdzie ten Szyr może być?

            Dali mi bilet do Pietropawłowska za 36 rubli i na dalszą podróż 66 rubli. Ponieważ nie znają trasy, mam dalej sama sobie radzić. Na drogę dali produkty: 2 ogórki kiszone, 2 surowe marchewki i półtora chleba. Wyjechałam 10-go listopada 1941 roku.

W Pietropawłowsku również nie potrafili mi wskazać drogi do Szyra, więc wydali bilet do Krasnojarska za 46 rubli. Zostało mi 20 rubli. W pociągu dowiedziałam się od ludzi, że nie potrzeba jechać do Krasnojarska, tylko wysiąść w Aczyńsku, tam "kompasirować" bilet i prosta droga do Szyra. "Kompasirowki" załatwili mi Polacy, którzy koczowali na stacji, aby dostać się na południe i za granicę.

Z Aczyńska jechałam już dawno o głodzie i chłodzie. Wagon był pełny ludzi milczących, tylko jeden mężczyzna butnie zajadał chleb z serem, jakby chciał powiedzieć: ja mam, a wy nie, skórki sera zrzucał pod ławkę – ale mnie dał kromkę chleba z serem. Jadłam go z nabożeństwem mimo głodu. Na pewnej stacji wszyscy wysiedli, a ja spod ławki zebrałam okrawki sera, były znakomite, ale mało.

            Wysiadłam w Szyrze i na stacji dowiedziałam się od Polaków wyjeżdżających na południe, że teść mój jest w górach ok. 70 km stąd. Nie wiedziałam, jak się tam dostać? Poszłam do naczelnika NKGB po radę. On posłał  mnie do naczelników siedzących w restauracji, którzy mieli jechać w tamtą okolicę. Naczelnicy odesłali mnie do kierowcy – czy on się zgodzi. Kierowca się zgodził i jeszcze zaprosił do restauracji na obiad. Przy obiedzie popijał wódkę, która uderzyła mu do głowy.

            Jechaliśmy w głębokim śniegu i kurzawie. Pod koniec podróży auto było "pijane" razem z kierowcą, buksowało, a kierowca klął po rusku. Po 54 km auto stanęło, coś mu tam pękło ale na szczęście było to przed sowchozem. Wysiedliśmy i dyrektorzy poszli do sowchozu, a ja za radą kierowcy do buchaltera. Z obawą pozwolili mi usiąść w kąciku przy drzwiach.

Miałam jeszcze 20 rubli, których kierowca nie przyjął. Do Szypilińska – 16 km, doszłam pieszo z wozakami, którzy wieźli mąkę przez Szypilińsk. Tu zapłaciłam 20 rubli wozakom i poszłam szukać domu  z Polakami.

Weszłam do domu, gdzie mieszkała pani Siedlecka z dwoma synami. Biedna, nie wiedziała, że jej mąż był w więzieniu konfidentem i pewnie dotąd nie wie o tym. Poczta pantoflowa doniosła Ojcu o mnie i wkrótce się zjawił. Przywitanie było ze łzami radości. W tym dniu przerzucili  Ojca na stróżowanie o 7 km na drugą stronę góry "Białej".

            Posiołek nazywał się Biała Pilna, ale pracował dalej za posiołkiem o 11 km w głębokiej tajdze, tam pilnował w baraku sprzętu do wymywania złota. Pracował tam przez całą zimę.

Zamieszkaliśmy w posiołku Biała Pilna u żołnierki Wiery Sidorenko. Ojciec przychodził tylko raz w tygodniu, aby zmienić bieliznę i wziąć chleba i krupy oraz sól. Domek Wiery stał wysoko na zboczu góry, był maleńki o jednej izbie i stajence dla krówki. Za mieszkanie mieliśmy  zaopatrzyć ją w opał na zimę, a ja gospodarzyć, to znaczy utrzymać porządek w domu i obejściu, opiekować się krową, przynosić wodę z dość daleka na koromysłach dwa wiadra, a dom stał wysoko. Gdy ojciec był w domu i zobaczył mnie z wodą, schodził na dół i wnosił wodę na górę. Spałam z Wierą w jej łóżku, a Ojciec za piecem. Nauczył mnie doić krowę i innych prac gospodarskich. Razem ścinaliśmy ogromne drzewa modrzewiowe, piłowali na mniejsze części i spuszczali bliżej domu, na dalszą robotę przy drzewie.

Wiera musiała pracować, bo nie miała dzieci.

Sybiracy nie mogli pojąć, że mężczyzna pomaga kobiecie. U nich mężczyzna pracuje zawodowo, a w domu tylko odpoczywa.

            Pierwszy rok był  u nas głodny, a w drugim posadziliśmy całe wiadro ziemniaków. Wykarczowaliśmy kawał miejsca, gdzie były pnie po ściętych modrzewiach. To wiadro ziemniaków Ojciec zarobił plecionymi koszykami i garnkami z kory brzozowej. Za taki garnek dostawał trochę mleka. W czasie sianokosów wywieźli nas do "mechazjajki" na wysoką górę na dwa tygodnie, by robić stogi siana. Trzeba było mieć własne produkty jak chleb, krupy, ziemniaki i sól. Tam kosiliśmy, suszyliśmy i składaliśmy w kopce i zwozili na miejsce, gdzie składało się w stogi. Był z nami jeden mężczyzna, on klepał nasze kosy. Zwoził kopce na stóg, no i koń był z nami.

Było nas 15 kobiet: 13 ruskich, ja i Finka, moja przyjaciółka Roza, jej szwagierka miała dziecko, więc ją nie obowiązywała praca społeczna. Nauczył mnie kosić pan Januszkiewicz, który na prośbę Teścia przyjechał konno i dał mi lekcję koszenia i ostrzenia kosy.

            Spałyśmy w namiocie zrobionym z gałęzi jodłowych z jednym wejściem, przed którym palił ogień całą noc jako straszak dla żmij i innych zwierząt.

Jednej nocy zbudził nas gwizd konia, ze strachu przed niedźwiedziem, który łaził koło namiotu, zostawił on ślady i odchody. Gdyby był mądry, mógłby kogoś wyciągnąć łapą spod gałęzi. 

            Żywiłyśmy się tym, co kto miał ze sobą. Miało to starczyć na dwa tygodnie. Jesienią, w czasie wykopków Ojciec wybronił mnie od tej roboty, ze względu na brak odzieży i obuwia. Gdy pewnej soboty i niedzieli Ojciec nie przyszedł, wówczas wybrałam sie do niego. Już jeden raz byłam tam z panem Karpińskim, ale nie pamiętałam drogi. Szłam między dwoma górami wąską drogą całe 11 kilometrów. Było po odwilży, a nocą spadł lekki śnieżek. W pewnym miejscu wpadłam jedną nogą w dziurę, wlała mi się woda do buta, ale szłam dalej, z emocji było mi ciepło.

Przez 1 km do baraku szłam po śladach łap. Zrobiło mi się gorąco, ale musiałam iść dalej. Zmrok nadchodził.  Rano ojciec sprawdził – był to ślad rysia.

W 1944 roku przenieśli Ojca do Szypilińska. Zamieszkaliśmy w pustym domku, ja gospodarowałam na niczym i z niczym. Tu uczyłam polskie dzieci polskiego w ruskiej 10-ciolatce, po ich lekcjach.

            Pewnego razu, dwoje nauczycieli zostało po wyjściu wszystkich nauczycieli i zaczęli rozmawiać ze mną po polsku. Prosili, żebym przy innych nie przyznawała się do znajomości z nimi i boją się, że  mogą ich uznać za szpiegów. 0.1 km był posiołek "Turgujuł", tam tez chodziłam uczyć polskie dzieci, gdyż tam było kilka rodzin polskich.

W Szypilińsku zamieszkała rodzina Karpińskich z trojgiem dzieci. Przedtem był dyrektorem warzelni soli, którą zorganizował nad słonym jeziorem, zatrudniał tylko Polaków, ale nadzór był ruski.  Gdy Ruscy się nauczyli, wówczas szukali sposobu, żeby się go pozbyć, nawet groziło  mu aresztowanie, dlatego przeniósł się do Szypilińska. Próbował pracy fizycznej w kopalni złota, ale nie miał na to zdrowia. Proponowano mu pracę w zarządzie kopalni, ale nie przyjął jej. Wtedy zajął się pasaniem bydła. Opłacany był mlekiem i różnymi produktami.

Rok 1944 był dla mnie trudny, spowodował chorobę żołądka, z którą żyję do dnia dzisiejszego, przez ciężkie podróże o głodzie  i chłodzie, oraz w nerwach. Związek Patriotów Polskich mianował mnie na sekretarza ZPP na naszą okolicę, a przewodniczącą panią Eulalię Busłowicz. Zadaniem naszym była opieka nad rodzinami polskimi poprzez rozdawanie odzieży i produktów, po które jeździłyśmy do Krasnojarska. Magazynier- Rusek, podrzucał nam używane łachy ruskie. Trzeba było wysłać sprawozdania do Moskwy, do Głównego Zarządu ZPP i do prezesa ZPP w Krasnojarsku, p. Połomskiej. Żeby wyjechać z Szypilińska, czy z Szyra, trzeba było znaleźć wóz, uprosić kierowcę, opłacić gorzałką. Wóz pełny beczek lub worków, a my siedziałyśmy na dachu, było przewiewnie i chłodno i trzeba było wytrzymać te 70 km.

Pobyt w Krasnojarsku trwał 8-10 dni, dwa tygodnie – zależało to od załatwiających nasze sprawy i od pociągu, który rzadko jeździł.

W Szyrze zatrzymywałyśmy się u rodziny o nazwisku Hołubowie. Żywiłyśmy się chlebem i wodą. Chleb był zebrany po kawałku od rodzin. Szybko pleśniał, ale jeść się chciało, a kupić niczego nie było można, restauracje tylko dla wojskowych i partyjnych.

Jednego razu poszłyśmy na ściernisko zbierać kłoski, już zebrane przez ludzi, ale gnano nas na koniu, aby nam odebrać – udało nam się uciec. Zebrane ziarna mieliłyśmy na żarnach i była goła zupa na dwa dni.

W Krasnojarsku stałyśmy w kolejce nocą, aby otrzymać numerek do kasy kolejowej celem otrzymania biletu. Dwa razy jeździłyśmy po odzież, a trzeci raz były i produkty: beczka masła, worek cukru, pół worka krup i 3 kg żółtek w proszku.

Dużo było kłopotu z transportem do stacji towarowej, a tu naczelnik nie chciał przyjąć bagażu, ale za produkty i odzież nawet dał robotników, by władowali do wagonu. Dalsza podróż była również nie bez kłopotów. Trzeba było znaleźć kierowcę ciężarówki, przekupić produktami i odzieżą, aby przyjął na wóz taki bagaż. A my na bagażu pod niebem siedziałyśmy bohaterskie. To nie był koniec kłopotów, bo przy rozdzielaniu było wielu niezadowolonych i wiele plotek. Czysty zysk dla mnie to choroba - "nawaliło serce".

Od maja 1945 roku zaczęłam pracować w Polskim Domu Dziecka, wieś Bolszaja Jerba, rejon Krasnojarski Kraj. Byłam zastępcą dyrektora, p. Franciszka Karpińskiego, z zawodu chemika.

Mój tytuł po rusku był "Zaw-Ucz".

            Ojciec był tam nocnym stróżem. Ojciec chorował na serce i miał silną tarczycę. W 1939 r. miał być operowany przez profesora z Wiednia, specjalisty od tarczycy. Tymczasem Stalin go wyleczył. Ojciec miał 74 lata, gdy go wywieźli, musiał pracować, a lat przybywało. W 1946 roku 10 stycznia tarczyca pękła do wewnątrz i udusił się; to trwało kilka minut i już nie żył. Na trumnę nie było desek, więc starsi chłopcy zerwali deski na dachu przykrywające łączenie desek i zrobili trumnę godną wygnańca Sybiraka.

Przy Domu Dziecka mieliśmy szkołę 4-ro klasową, byłam jej kierownikiem. Pracy było dużo, kłopotów też nie brakowało. Warunki nasze poprawiły się, bo żywiliśmy się w Domu Dziecka. Wychowawczynie i personel fizyczny to byli sami Polacy. Wychowawczynie nazywały się: Wiśniewska Bronisława, Sztukowska Helena, Zawistowska Sławomira, Karpówna Jadwiga, Chrostowska Helena. Dyrektor wraz z dziećmi uprawiał ziemię przy domu, nawadniał ziemię z potoku i u nas ogrodowizna bujała, a obok kołochozowe zboże nie wróciło zasianego ziarna. Przez całą zimę dzieci miały każdego dnia po marchewce, a pod koniec zimy po rzepie. Mieliśmy swoją kapustę i warzywa. Mąkę dostawaliśmy z rejonu, kucharki same piekły chleb. To zgubiło dyrektora.

Władze zechciały, żeby dyrektor objął dyrektorstwo w kołchozie, na co pan Karpiński się nie zgodził, więc znaleźli oszukańczy powód i aresztowali go – znikł bez śladu.

            Dyrektorem Domu Dziecka został pan Sowa. W naszym Domu było 105 dzieci i z nimi wróciłam do Polski z końcem kwietnia 1946 roku. W Gostyninie zgromadzono wszystkie Domy Dziecka powracające z ZSRR. Tam byliśmy przez cały maj i stąd zawiozłam dzieci do Szklarskiej Poręby. Ja otrzymałam pracę nauczycielki w Gdańsku Ujeścisko - była to jednoklasówka. Zamieszkałam u szwagierki Szwed Zofii w Gdańsku i kiedy jej mąż wrócił z ZSRR, przeniosłam się z nimi do Kwidzyna, gdzie pracowałam do 1982 roku. W  tym roku przeniosłam się na Śląsk i zamieszkałam z bratanicą Grażyną Janik, z domu Kaszowską, w Pszczynie..

Moje dzieci

            W dniu mojego aresztowania mój syn skończył 3 lata, a córka 3 marca skończyła 2 lata. Jak pisałam wyżej, dzieci zostały wywiezione do ZSRR.

            Po wyjściu z więzienia pisałam prośby do różnych dygnitarzy w Moskwie o odnalezienie moich dzieci: syna Stefana Błażewicza i córki Krystyny Błażewicz. Otrzymywałam odpowiedzi, żebym czekała, że robią starania, żeby ich odnaleźć, ale to musi potrwać dłużej.

            Od rodziny męża miałam wiadomość, że moje dzieci zostały wywiezione do teścia pod opieka p. Knyrowej, ale ich nie dowiozła, tylko na pewnej stacji pod Gorkowem oddała syna komendantowi obozu karnego Pierożyńskiemu, a córkę wzięła nauczycielka pochodzenia polskiego.

            Te wiadomości podałam Moskwie. Po długim czasie Moskwa odpisała mi, że ta nauczycielka została "etapirowana" i nie mogą jej znaleźć.

Na następne pisma wcale nie odpisywali.

            Pod koniec pobytu na Syberii, 1946 roku w marcu otrzymałam telegram, że syna na granicy mi oddadzą. Niestety i to było oszustwo.

            Przez granicę przewieźli nas w zaplombowanych wagonach i wypuścili nas już na polskiej stronie, a tu o niczym nie wiedzieli i w niczym mi pomóc nie mogli.

            W czasie pobytu na Syberii korespondowałam z Pierożyńską. Namawiała mnie, żebym dziecko jej oddała, bo bardzo je kocha i nie widzi życia bez niego. Przez Związek Patriotów Polskich zabrano syna Pierożyńskim i oddano do polskiego Domu Dziecka. Po dwóch tygodniach syn znowu znalazł się u Pierożyńskich. Po powrocie do Polski dowiedziałam się od kierowniczki tego Domu Dziecka, że Pierożyńska przedstawiła jej dokument z moim zrzeczeniem się syna na rzecz Pierożyńskich.

            Przez PCK zdobyłam adres syna, będącego już w wojsku, pisałam do niego, ale odpowiedzi nie otrzymałam.

Podałam jego adres mojej siostrze, która z powodu kalectwa została w ZSRR. On jej odpisał, żeby nikt do niego nie pisał, bo on więcej nikomu nie odpowie.

            Następne moje starania przez PCK zostały bez odpowiedzi.

Mój mąż

            W 1943 roku otrzymałam wiadomość, że Czesław (mąż) został zamordowany przez ruską partyzantkę zastrzelony z karabinu maszynowego przez okno, gdy spał w nocy w łóżku. Sąsiadka Tumaszowa, mimo zakazu, żeby go nie chowano, pochowała go w grobie jego matki.

Zajrzyj koniecznie do odsyłacza informacje i ogłoszenia!