logo
intro

Sprawozdanie ze spotkania Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej- 2009 r.

Zaproszeni przez Burmistrza Kwidzyna Andrzeja Krzysztofiaka, Klubowicze przybyli w dniu 20 czerwca 2009 roku do Miasta. Sala wypełniona prawie do ostatniego miejsca, wysłuchała wystąpienia Burmistrza, następnie członka Kapituły Klubu prof. Mieczysława Jankiewicza, posła Jerzego Kozdronia, przewodniczącej Kapituły Krystyny Gromek.

Spotkanie prowadziła Anna Różycka

Burmistrz mówił o odbudowie budynku Urzędu Miasta, który w znacznej części spłonął we wrześniu ubiegłego roku. Także, o jakże aktualnych tematach, związanych z kryzysem światowym, a dotyczącym przecież i lokalnych struktur i mieszkańców Kwidzyna. Otuchą napełnia informacja, że mimo początkowych pesymistycznych prognoz, dotyczących zwolnień grupowych w największych kwidzyńskich zakładach pracy, temat ten nie zagroził tak wielkiej liczbie osób jak postrzegały to gazety trójmiejskie i lokalne.

Naturalnie wspomniano o sprawie budowy mostu. Jest to temat od lat aktualny, od lat podejmowane są działania w kierunku realizacji tej budowy. Kolejne, piętrzące się trudności nie napawają optymizmem co do rzeczywistego, korzystnego dla miasta finału.

Prof. Mieczysław Jankiewicz przedstawił założenia funkcjonowania Naszego Uniwersytetu w nowym roku akademickim. Uniwersytet, działający od 5 lat, nadal cieszy się zainteresowaniem szkół średnich. Natomiast wykłady dla dorosłej populacji miasta wymagają pewnych działań, które powinny bardziej nagłośnić tematykę poszczególnych spotkań w celu zachęcenia mieszkańców Kwidzyna do aktywnego uczestnictwa w cyklach wykładów. Temat ten, będzie jeszcze poruszany przez władze miasta z kapitułą Klubu, by znaleźć jak najkorzystniejsze rozwiązania prowadzące do upowszechnienia wartościowego przedsięwzięcia.

Poseł Kozdroń przedstawił działania komisji sejmowych, w których uczestniczy.

Krystyna Gromek mówiła o działaniach Klubu w mijającym roku. Głównie były to tematy związane z wydawnictwami. Ukazał się numer

Kropli Historii, autorstwa Justyny Liguz i Krystyny Gromek, poświęcony Klubowi Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej. Bardzo staranne wydawnictwo porządkujące informacje o działalności klubu. Drugim wydawnictwem, które zostało w bieżącym roku wydane jest książka Kwidzyn- Drogi do Małej Ojczyzny pod redakcją Krystyny Gromek. Jest to kolejna pozycja z cyklu wspomnień kwidzyniaków, opowiadająca o kwidzyńskich rodach. W tym miejscu zamieszczam obszerny tekst wstępu do książki, który uzasadnia jej wydanie.

Kwidzyn

Drogi do Małej Ojczyzny

nowa książka oparta na wspomnieniach kwidzyniaków

Po opublikowaniu zbiorów wspomnień, zatytułowanych łącznie "Kwidzynianie… ptakom podobni", zaczęły trafiać do mnie sugestie, że cały szereg osób po zapoznaniu się z wydanymi tekstami, po wzruszeniach związanych z tym, że poznało się radości i bóle innych ludzi, cofnęło się pamięcią do losów swoich. Każde życie jest ciekawe, ważne. Losy generacji, którą dotknęły działania wojenne są, nie tylko bolesne, ale szczególnie teraz, w czas pokoju, wręcz niezrozumiałe. Są ważne, są bardzo ważne, niektóre obrazki bywają kolorowe, ale przecież głównie jest w nich ból. Trochę jak gdyby "przyschnięty", z racji upływu czasu, ale przecież ból.

Zebrałam te losy w jeden tom wspomnień. Pierwsze moje wrażenie, w czasie redakcji tekstów, najpełniej wyraża, stwierdzenie, że..

Życie nie jest dobrym losem, wypadkową radosnych zdarzeń. Zauważyłam w tych tekstach, że najważniejszym wyznacznikiem życia i szczęścia jest osobowość.

Każdy z autorów wspomnień, który z jakichś powodów zdecydował się na swoją opowieść, sam musiał zrozumieć, że jego losy są ważne, że nie wolno ich przysypać piaskiem zapomnienia. Ale nadal trudno było o tym mówić. Zamiast opowiedzieć o sobie, i losach świata widzianych przez swoje dni i noce, poruszano się informacjami, jak ankietą personalną: data, zdarzenie. I ucieczka przed emocjami.

Kiedy prosiłam o rozszerzenie tematu, zadawałam pytania, zdarzało się, że nasz kontakt urywał się. Ale częściej było tak, że mój rozmówca otwierał się na swoje własne życie. Czułam, widziałam, że płacze nad swoim losem i swego pokolenia.

Zostały napisane wspaniałe teksty. Teksty, które powodują, że patrzy się z nadzieją w przyszłość, bo przecież można było te wszystkie bóle przeżyć.

Niejako samoistnie dokonał się podział na kilka grup tematycznych.

Osoby urodzone na Pomorzu, na Kujawach, pisały o wojskach niemieckich, o bucie Niemców, ale i z pewnym szacunkiem o elegancji ich mundurów, uporządkowanych represjach, zawłaszczeniach, charakterach i działaniach. I tuż obok, z przerażeniem, które pozostało w moich rozmówcach do dziś, opowiadano o żołdakach radzieckich. O nędznej hołocie, gwałcicielach, mordercach, złodziejach. To dość charakterystyczne, że tak określano, co by nie rzec, wyzwolicieli. Pomyślałam sobie, że ten obraz jest niekoniecznie obrazem z czasów wojny a scenkami wynikającymi z podporządkowania powojennego.

W jednym tekście jest rzetelna, prawdziwa informacja mówiąca o wypędzeniach z rodzinnych ziem ludności niemieckiej przez urzędników niemieckich. O wyrzucaniu całych wiosek, gnaniu ludności z dobytkiem, jaki udało się zabrać, w kierunku Rzeszy. Nie umiem autorytatywnie stwierdzić, czy chodziło o zabranie siły roboczej i majątków do Niemiec, czy o ochronę przed wojskami radzieckimi. Ale pewne jest to, że to landraci wysiedlali ludność mieszkającą na Pomorzu, w dawnych Prusach. Wysiedlali nie tylko metodą perswazji, ale i doraźnych mordów. Chciałoby się powiedzieć: tak wyglądały " wypędzenia" dokonywane przez Niemców na Niemcach Erico Steinbach. Także pędzono ze swoich ziem Polaków. Ale ci, od lat gnani z ojcowizn, domów, jakoś, jak gdyby mniej się skarżą.

Mieszkańcy dalszych rejonów, spoza strefy niemieckojęzycznej, w tej systematyczności Niemców zauważali, zapamiętali okrucieństwo, jakiego dotychczas świat nie znał. Systematyczne wyburzania gett, miast, osad, systematyczna realizacja opracowanego ludobójstwa.

Teksty osób wywodzących się z Kresów, redagować było szczególnie trudno. Moje własne losy, także kresowianki, nie są mi tak dalece znane, bym mogła korygować wydarzenia innych autorów tekstów. Osób niekiedy starszych ode mnie, wprawdzie nie o pokolenie, ale o czas świadomości. Ich losy są prawie podobne. Powtarzają się miejscowości ( Wołkowysk, Kostopol, Wilno, Grodno), zawody ojców często osadników, repatriacje, miejsca zsyłki. I elementy wojny, z którymi nie potrafiłam, prawie, sobie poradzić. Pytałam autorów wspomnień, kiedy to było, kto był okupantem, bo kolejno pojawiali się Rosjanie, Niemcy, znów Rosjanie, Ukraińcy, bandy różnej maści, także grupy partyzanckie, które nie chciały pogodzić się ze stanem zaistniałym i też, wprawdzie niekiedy, ale niosły śmierć. Pojawiały się rozmaite władze, rozmaici ciemiężcy, z różnymi aktami uprawniającymi tylko do jednego: do dyskryminacji, do mordu. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak wspominające osoby, ówczesne dzieci lub wczesna młodzież, musiały szybko, gwałtownie dorastać. Musiały rozumieć! Akty prawne, czyniły z nich obywateli różnych krajów, linia frontu przenosiła ich z miejsca na miejsce, mimo, że pozostawali w tej samej chałupie czy domu. W cenie były dokumenty różnych narodowości. I tu wrócę do swoich losów. Mój Ojciec, miał wystawione czy kupione dokumenty zaświadczające jego obywatelstwo polskie, rosyjskie, ukraińskie. W zależności od przesuwającego się frontu, okazywał ten czy inny papierek, mający moc ocalenia życia. W dokumentach moich i mojego brata Tadeusza, imię Ojca jest inne. Rzeczywiste –Sergiusz, bo urodził się nad Wołgą wpisane jest w moim akcie urodzenia. Ojcem mojego brata jest już Seweryn- tak, przez jakiś czas było lepiej.

Czas nie zagoił ran. Najpierw pozwolił przyzwyczaić się do bólu, zabliźnić się wspomnieniom, a później pozwala dalej żyć. Tak, tak, z tą raną. Spośród wspomnień kresowiaków odrębną grupę stanowią ci, którzy przeżyli zesłania. Temat ten znalazł już swoje miejsce w książkach " Kwidzynianie... ptakom podobni". W tej książce zawarta jest kontynuacja tematu.

Czytałam w tekstach, jak cierpienie powodowało otępienie. Jak kończyła się walka nawet o byt, a nadchodziło pożegnanie. Pod płotem domostwa w Taszkiencie siedzi mała dziewczynka. Nie ma już mamy, nie wiadomo gdzie jest tata. Jest strasznie głodna. Wyciąga rękę do przechodzącej obok kobiety. Chce chleba. Panią jest Hanka Ordonówna. Nie streszczę tych opowieści. Przeczytajcie je sami.

Koniec wojny. I zmieniają się losy. Podróż po jakieś jutro. Może nawet lepsze… Wiele osób podróżuje pociągami towarowymi, często w towarzystwie domowego inwentarza. To zdumiewające, ale ich przyjazd do Kwidzyna wynika nie z decyzji, a z prostej przypadłości, że pociąg dalej nie jedzie. Tu jest koniec podroży, koniec wędrowania. Kiedy już przyzwyczaiłam się do takiego mechanizmu, okazuje się, że niektóre osoby przyjeżdżają do Kwidzyna świadomie i z pełnym zrozumieniem tej decyzji. Te decyzje, to decyzje dorosłych, ale przecież dotyczą całych rodzin. Zaczyna się budowanie nowego życia. Praca, szkoła. Często dzieci idą do szkoły podstawowej nr 1, do Ćwiczeniówki, do szkoły nr 2. Potem, bardzo, bardzo często do Liceum Ogólnokształcącego. I to jest kolejny wątek wspomnień: Miasto Kwidzyn, praca rodziców, nauka w szkole.

Realizacja pasji, ambicje. Z jednej klasy licealnej kilkanaście osób dostaje się na studia chemiczne, 4 osoby z jednego, niewielkiego miasta, to rektorzy uczelni, pisarze, spora liczba profesorów. Już kiedyś zastanawiałam się jak z tych boksowanych przez los dzieci, wyrosło takie świetne pokolenie.

I przypominam sobie piękny wiersz Władysława Broniewskiego "Zielony wiersz", w którym jest taki zwrot:

"Ja nie chcę wiele

Ale nie mniej, niż wszystko"...

Mam wrażenie, że tak właśnie powiedzieli sobie nasi rodzice zamieszkujący powojenny Kwidzyn. Tak powiedziały sobie ich dzieci, dziś pokolenie… Jak je nazwać, skoro to moi rówieśnicy…

"Ja nie chcę wiele

Ale nie mniej niż wszystko"

..i zaraz dalej..

"i żeby sercu (było)- bezpiecznie"

Spełniło się

Drogi doprowadziły do pięknego, miłego miasta.

I w sercu zagościło słońce.

Książka jest dostępna w Kwidzyńskim Centrum Kultury (ul. 11 Listopada 13).

Punktualnie o 12.00 klubowicze przybyli do świeżo wyremontowanego gmachu Urzędu Miasta. Odremontowane wnętrza, zadbane skwery wokół budynku. Jakże miło, że ten dramatyczny pożar nie zniszczył całkowicie obiektu, jak dobrze, że Władze Miasta potrafiły sobie poradzić z bolesnym tematem.

O dwunastej rozległ się hejnał zawierający muzyczne elementy hymnu kwidzyniaków z polskiego liceum"Przeminęły już wieki, a myśmy ostali…"

W programie spotkania jeszcze wycieczka nad Liwę, gdzie rośnie ponad 50 czerwonych buków stanowiących Aleję Kolorowych Wspomnień ( zdjęcia w załączeniu). Klubowicze są ogromnie dumni z tej pięknej alei drzew. Popołudnie część osób spędziła na dalszym zwiedzaniu miasta i katedry. Grupę prowadził p. Jerzy Pecka. Druga grupa udała się do lasów w okolicach Sadlinek, gdzie uczestniczyła w warsztatach ekologicznych zaproponowanych  i prowadzonych przez Ewę Romanow-Pękal i Artura Pękala. To była prawdziwa przygoda :przypomnienie sobie gatunków drzew, słuchanie śpiewu ptaków, oglądanie okazów jaszczurek, żmij, zaskrońców. I jeszcze serdeczny, smaczny poczęstunek, i czas na śpiewy i rozmowy. Ładny, miły pobyt.

W ogóle, tegoroczne spotkanie klubowe było przygotowane przez Grażynę Krzysztofiak profesjonalnie jak zawsze i jeszcze ciekawiej niż zwykle./p>

Co będzie za rok? Jak będzie? Dobrze będzie. Miło będzie.

Zapraszamy już teraz!

Krystyna Gromek        

Zajrzyj koniecznie do odsyłacza informacje i ogłoszenia!