logo
intro

Prof. Mieczysław Jankiewicz
zmarł 14 lutego 2016 roku

Emerytowany Profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu,
Prorektor Akademii Rolniczej w Poznaniu w latach 1981-1984,
Dziekan i Prodziekan Wydziału Technologii Żywności,
Dyrektor Instytutu Technologii Żywności Pochodzenia Roślinnego,
Kierownik Zakładu Technologii Zbóż,
Prezes Rady Zakładowej Związku Nauczycielstwa Polskiego,
Członek Komitetu Technologii i Chemii Żywności PAN
oraz wielu krajowych towarzystw naukowych.

W uznaniu zasług Profesor został odznaczony m.in.:
Krzyżami Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski,
Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Komisji Edukacji Narodowej,
Medalem Zasłużony dla Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

W osobie Pana Profesora Uniwersytet Przyrodniczy stracił wybitnego naukowca, specjalistę w zakresie technologii i chemii zbóż, wychowawcę wielu pokoleń studentów, Człowieka bardzo życzliwego, otwartego dla ludzi.

Ten tekst pochodzi od władz i społeczności akademickiej Uniwersytetu Poznańskiego.

Do tego tekstu dołączam niewielkie wspomnienie stanowiące pożegnanie Profesora i naszego Kolegi z Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej.

Był naszym kolegą, absolwentem Liceum Ogólnokształcącego w Kwidzynie (matura rocznik 1951).
Studia i kariera naukowa przebiegała w Poznaniu na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza.  Prof. Mieczysław Jankiewicz, był niekwestionowany autorytetem z zakresu chemii zbóż i charakterystyki białek zbożowych.
Od 2002 włączył się aktywnie w działalność Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej  skupiającej byłych Kwidzyniaków rozproszonych obecnie po Polsce i świecie. Zaproponował i realizował przez szereg lat, cykl wykładów o nazwie  „Nasz Uniwersytet”,  dla społeczności kwidzyńskiej z myślą o poszerzeniu wiedzy społeczności Miasta.
Miarą Profesora było, że potrafił w prosty sposób tłumaczyć zawiłe kwestie.

Zapamiętamy Go jako mądrego człowieka, osobę bezpośrednią i życzliwą nam -Kwidzyniakom.

Klub Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej


Załączone teksty pochodzą z nekrologów Zmarłych.

Józef Łukasiak

Zmarł 20.12.2014 roku

W zawodzie nauczycielskim przepracował 32 lata, z tego na stanowiskach kierowniczych 23 lata. Najpierw jako kierownik Szkoły Podstawowej w Tywęzach i Starym Targu. Po 23 sierpnia 1955 roku był podinspektorem Wydziału Oświaty w Sztumie. Od 1 września 1955 r. związał się zawodowo, jako nauczyciel matematyki i przysposobienia obronnego, z Liceum Ogólnokształcącym w Kwidzynie (później Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Żeromskiego i Zespołem Szkół Ogólnokształcących).
Od momentu, gdy zaczął kierować placówką, zaistniała ona jako wiodące liceum ogólnokształcące w województwie gdańskim i elbląskim, w zakresie nowatorskich rozwiązań w metodyce nauczania, innowacyjnych programów wychowawczych i eksperymentów pedagogicznych. Co skutkowało wysokimi wynikami na egzaminach maturalnych i sprawnością otrzymania indeksów na wyższe uczelnie.
Przez 8-lat był radnym (w latach 1994-2002, a w roku 1998 wybrany został wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej w Kwidzynie.

Jerzy Kosacz

Zmarł 8.03.2015

Był jedną z ważniejszych postaci kwidzyńskich lat osiemdziesiątych. Był jedną z postaci pierwszej "Solidarności". Zawodowo: stoczniowiec, bibliotekarz, nauczyciel akademicki, stolarz.

Miał szerokie zainteresowania i pasje. Zajmował się malarstwem i grafiką, dużo i ciekawie pisał. Wraz z odejściem Jerzego Kosacza zamknął się ważny i obszerny rozdział w historii najnowszej Kwidzyna.

Prof. dr hab. Marek Gogolewski

Zmarł 30.04.2015

Absolwent Liceum Ogólnokształcącego im Stefana Żeromskiego w Kwidzynie –matura 1959.

Współuczestnik wykładów "Naszego Uniwersytetu" w Kwidzynie.

Emerytowany Profesor zwyczajny Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu,
Wicedyrektor Instytutu Żywienia Człowieka w latach 1977-1978
Prodziekan Wydziału Technologii Żywności w latach 1985-1987
Kierownik Katedry Biochemii i Analizy Żywności w latach 1991-2003

Odszedł kolega, nauczyciel i wychowawca wielu pokoleń młodzieży akademickiej.

Wojciech Weryk,

24.05.2015 roku zmarł

Był radnym Rady Miejskiej w Kwidzynie II i VI kadencji, przez jedną kadencję był również radnym powiatowym. Przez wiele pracował w Urzędzie Miejskim w Kwidzynie. Pełnił też funkcję prezesa klubu MTS Kwidzyn. Był jednym z inicjatorów partnerstwa Kwidzyna z miastami Celle, Olofstrom i Bar.

Jednak przede wszystkim Wojciech Weryk był jedną z najbardziej barwnych postaci Kwidzyna ostatnich lat. Człowiekiem od zadań specjalnych i rzeczy niemożliwych. Gdy Czesław Lang organizował w Kwidzynie pierwsze zawody MTB sprawa zawisła na włosku, bo trzeba było wybudować mostek przy stadionie, nad drogą krajową nr 55. I to dzięki niemu ten mostek powstał, co załatwił tocząc długie "negocjacje" z żołnierzami z jednej z pobliskich jednostek wojskowych. Podobnych przykładów można by podać wiele.

W karierze zawodowej był nie tylko związany z samorządem, o czym młodsi mogą już nie pamiętać. Wcześniej przez wiele lat pracował w Zakładach Celulozowo-Papierniczych, gdzie był m.in. kierownikiem zakładu Papierni, a potem dyrektorem ds. technicznych.

Był absolwentem naszego kwidzyńskiego Liceum. Spotykaliśmy się z Nim na zjazdach szkolnych i spotkaniach Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej.

Brakuje Go nam, wielki żal, że odszedł.


W dniu 03.11.2014  zmarł Helmut Kurowski

„Urodził się w Prusach Zachodnich, w Sztumie. Rodzice i dziadkowie byli Niemcami.
Maturę zdał w Kwidzynie, studia ukończył na Politechnice Warszawskiej.
Był w latach 2000 - 2012 członkiem zarządu Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno - Kulturalnych w Polsce z siedzibą w Opolu.”
Tę wiadomość znalazłam na stronie Stowarzyszenia, którego Helmut był wieloletnim działaczem.

Helmut był naszym kolegą szkolnym, także członkiem Klubu Malej Ojczyzny Kwidzyńskiej.
Nie wiedzieliśmy o tej śmierci. Dowiedzieliśmy się na tegorocznym spotkaniu Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej (2015). I odczuliśmy to rozstanie bardzo boleśnie. Wprawdzie nie znalazłam żadnego nekrologu poza życzliwościami strony niemieckiej, ale to przecież nie zmienia naszych wzruszeń.
Bo to był serdeczny Kolega, znakomity uczeń naszego kwidzyńskiego liceum. W okresie przynależności do Klubu napisał dwa teksty do wydanych książek wspomnieniowych: „Kwidzynianie- ptakom podobni” i „Kwidzyn- Drogi do Malej Ojczyzny”.
Helmut napisał swoje wojenne i powojenne wspomnienia po prostu rzetelnie. Bez manipulowanych obrazków bez koloryzowania wzruszeń, ale przedstawiając cały dramatyzm wypędzenia ludności Powiśla rozkazem landrata (starosty) niemieckiego. Pisał tak jak było -chociaż to przecież czas konfrontacji politycznej z niemieckimi „Ziomkostwami”.
Jako rozwinięcie wspomnienia zacytuję książkowy początek jego tekstu, który zatytułował „Wspólny los”
„Jestem klinicznym przykładem pełnej integracji polsko – niemieckiej po okrutnej wojnie, gdy Kwidzyn stał się konglomeratem naleciałości ludnościowej ze wszystkich stron świata.
Rozpocznę od tego, że oprócz obywatelstwa polskiego mam i niemieckie na podstawie swego pochodzenia. Oboje moi rodzice i dziadkowie z obu stron byli Niemcami. Jednak nigdy nie miałem zamiaru przenieść się do Niemiec, bo na tych ziemiach urodziłem się (w Sztumie), tu wyrosłem i zdałem maturę (w Kwidzynie), tutaj studiowałem (w Warszawie), tutaj pracowałem i przeszedłem na emeryturę (w Toruniu). Przez całe świadome życie pracowałem społecznie, począwszy od samorządu szkolnego, poprzez samorząd studencki, organizacje techniczne aż do organizacji mniejszości niemieckiej, w której jestem obecnie wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Ludności Pochodzenia Niemieckiego w Toruniu i wiceprzewodniczącym 8- osobowego zarządu Związku Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno - Kulturalnych w Polsce z siedzibą w Opolu (zastępcą posła Henryka Krolla).
Dlaczego tyle na ten temat?  Żeby pokazać, że mimo swego niemieckiego pochodzenia i niemieckiego imienia Helmut, czułem się zawsze i wszędzie równouprawnionym polskim obywatelem i partnerem. Jestem więc w moim przekonaniu typowym przykładem tego, co obecnie zwykliśmy nazywać integracją.”
Od siebie ( K.G) uważam za właściwe przekazać nasze rozmowy z żoną Helmuta –Genią Dąbrowską (nazwisko z czasów szkolnych).  Otóż „dręczyła” ona męża w sprawie jego nazwiska – przecież klasycznie polskiego i ustaliła, że pochodzi ono od przodków  żyjących w powiecie węgrowskim na Mazowszu.

Jakże szkoda, że odszedł jeden z nas Kolega, wartościowy Człowiek.

            K.G.


Sopot, 6 stycznia 2015 roku

Wspomnienie o śp. kmdr por. mgr inż . Romanie Stefanickim

Komandor porucznik mgr inż. Roman Stefanicki urodził się 28 lutego 1939 r. w Przemyślanach - niewielkim mieście we wschodniej Małopolsce koło Lwowa. W 1943 r. jego rodzice wraz z nim, po ostrzeżeniu ze strony zaprzyjaźnionego Ukraińca, musieli uciekać z Przemyślan do wschodniej Polski, aby schronić się przed niechybną śmiercią ze strony band UPA. Zostawili tam nowo wybudowany dom. W 1946 r. Romek przybył wraz z rodzicami do Kwidzyna, gdzie jesienią tego roku rozpoczął naukę w szkole podstawowej, a w latach 1953 - 1957 uczęszczał do I Liceum Ogólnokształcącego w Kwidzynie. W szkole należał do grona uzdolnionych i pracowitych uczniów. Miał duże uzdolnienia w zakresie rysunku i malarstwa. W Liceum był systematycznie wykorzystywany do graficznego opracowywania gazetek ściennych, a prywatnie malował portrety.
Interesowała go także fizyka i technika. Już w szkole podstawowej, począwszy od 4-tej klasy, angażował się w różne eksperymenty i badania fizyczne oraz ich wykorzystanie techniczne. Dotyczyło to w szczególności modeli fizycznych z zakresu elektrotechniki (eksperymenty dotyczące oddziaływania pola elektrycznego i magnetycznego, budowa modeli silników elektrycznych oraz użytecznych instalacji elektrycznych w domu, budowa kolejki linowej o napędzie elektrycznym i in.). Tworzył też różne modele fizyczne z zakresu mechaniki (modele mechanizmów napędowych z wykorzystaniem energii sprężystej gumy, skaczące sztuczne owady, modele napędu odrzutowego w formie kartonowych kapsuł wyrzucanych w otaczającą przestrzeń podczas szybkiego spalania się błony fotograficznej i in.).  Przeprowadzał także eksperymenty z innych obszarów fizyki, w tym optyki oraz dynamiki cieczy.
Romek lubił sport, w tym grę w siatkówkę, koszykówkę, pływanie, narciarstwo oraz jazdę na łyżwach. Uwielbiał wycieczki rowerowe do okolicznych miejscowości, a w lecie - na basen i nad jeziora. Lubił zbieranie grzybów.
Romka interesowała też beletrystyka i historia, zwłaszcza ostatniej wojny światowej na terenach Polski zaanektowanych przez Związek Sowiecki.
Po ukończeniu w 1957 r. Liceum Ogólnokształcącego podjął studia na elitarnym Wydziale Elektroniki Politechniki Gdańskiej. Po trzecim  roku studiów magisterskich każdy student musiał wybrać specjalność na dalsze 2,5 roku studiów. Romek wybrał wówczas jedną ze  specjalności na Wydziale Elektroniki Wojskowej Akademii Technicznej w W-wie. Po ukończeniu studiów rozpoczął pracę w wojsku jako specjalista z zakresu elektroniki, a ściślej jako specjalista z zakresu urządzeń i pomiarów promieniowania elektromagnetycznego, mikrofal oraz promienio­twórczości w obiektach wojskowych.  Po jakimś czasie został szefem, wydzielonej w strukturach wojska, ekipy przeprowadzającej pomiary, w celu monitorowania promieniowania mikrofalowego i promieniotwórczości, dla ochrony żołnierzy przed szkodliwym oddziaływaniem tego promieniowania na okrętach wojennych, w otoczeniu stacji radarowych, a także ochrony personelu w  szpitalach wojskowych przed promieniowaniem aparatury rentgenowskiej,  urządzeń napromieniowujących nowotwory i tomografów komputerowych.
Bezpośrednio po ukończeniu studiów Romek pracował w lotniczej jednostce wojskowej w Namysłowie, a później w Wojskowej Przychodni Sanitarno- Epidemiologicznej w Bydgoszczy. Następnie został przeniesiony do Szpitala Wojskowego w Grudziądzu. W 1975 r. pojawił się w VII Szpitalu Marynarki Wojennej w Gdańsku, gdzie zakończył pracę w roku w 1997 roku.
Od czasu jego ponownego zamieszkania w Trójmieście, ożywiły się jego kontakty towarzyskie z koleżankami i kolegami z okresu nauki w Liceum Ogólnokształcącym. Bywał na spotkaniach towarzyskich w Sopocie, na zjazdach absolwentów Liceum Ogólnokształcącego i spotkaniach w ramach Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej.
Miał sumienie i światopogląd ukształtowane na wartościach chrześcijańskich. Cechował go patriotyzm. Był człowiekiem uczciwym i skromnym, przyjaznym i życzliwym, chętnie okazującym swoją pomoc innym ludziom. Charakteryzowało go poczucie własnej godności i szacunek oraz poszanowanie godności innych osób. Dlatego dostrzegalna była powszechnie jego powściągliwość w wyrażaniu krytycznych uwag w odniesieniu do zachowań i wypowiedzi różnych osób.
Śp. Romek zmarł przedwcześnie 13 listopada 2014 r., wskutek powikłań po niedokrwiennym udarze mózgu. Pozostawił w żałobie żonę Danielę, trzy córki - Bożenę, Joannę i Agnieszkę oraz syna Pawła.

Opracował prof. dr hab. inż. Dominik Rutkowski
emerytowany profesor zwyczajny Politechniki Gdańskiej


Stanisław Bortnowski 1935-2014 r.

Mam przed oczyma obraz, gdy On, jako nasz nowy polonista, pierwszy raz wchodzi do klasy.

Nic z belferskiej powagi, srogiej miny i dostojeństwa, którymi emanowali nasi starzy profesorowie.

Wszedł szczupły młodzian o dziecięcej twarzy, prawie nasz rówieśnik. Jego drobna, pochylona sylwetka i z lekka ściszony głos nie wzbudzały w nas respektu, nie spowodowały uciszenia zwyczajowego, klasowego gwaru. Ale z czasem, gdy oparty o tablicę, a ściślej o półkę, na której kładło się kredę i gąbkę - zaczął mówić - klasa cichła, chłonęła słowa i sposób przekazu.

Minęło ponad pół wieku, a jeszcze dziś pamiętam, w jaki sposób omawiał twórczość i sylwetkę Stanisława Brzozowskiego "wyroczni intelektualnej" Młodej Polski. Podobnie z wypiekami mówił o Stanisławie Przybyszewskim, o jego twórczości, sposobie bycia i wyczynach pozaliterackich. On otworzył nam oczy na teatr sypiąc jak z rękawa anegdotami z życia wielkich aktorów, szczególnie Solskiego, Jaracza, Osterwy. Tych anegdot znał mnóstwo, podejrzewaliśmy, że niektóre sam prokuruje żeby ubarwić wykład. Bardzo dbał o nasze słownictwo, by nie było zbyt lapidarne. Mieliśmy obowiązek prowadzić słownik wyrazów obcych. Stąd karierę zrobiło słowo ERUDYTA, które nam, jako jedno z pierwszych podyktował i o jego znaczenie nieustannie odpytywał.

Pozwolę sobie wyrazić opinię, że mieliśmy do czynienia z autentycznym erudytą. I o dziwo ta ksywa przylgnęła do Niego na długie lata. Na którymś z kolejnych zjazdów przyznałem się, że tak go nazwałem. Ucieszył się ogromnie, bo to swoje pseudo nosił z honorem, ale nie wiedział, kto Go tak zadekretował.

Pisząc to wspomnienie konsultowałem się z moimi kolegami Józkiem Rzeszutkiem i Rudolfem Greczką. W opinii kolegów był to nietuzinkowy nauczyciel. I jeszcze jedna cecha, nie był ani mściwy, ani złośliwy. Wielokrotnie były sytuacje, gdy ktoś palnął jakieś głupstwo, pomylił fakty, nazwiska. On kwitował to z uśmiechem, lub „pałą” w dzienniku, bez znęcania się nad delikwentem.

Pamiętam jak stworzył teatrzyk szkolny. Z jakim entuzjazmem brał się za reżyserię i scenografię.

Myślę o nim z wdzięcznością, jako o osobie, która potrafiła rozszerzyć nasze widzenie Świata. Potrafił zainteresować nas artykułami w Polityce, Życiu Literackim, Przeglądzie Kulturalnym, a potem egzekwować treści przeczytanych artykułów. Dzięki Niemu do dziś czytam Politykę.

Na każdym kroku widać było jak zafascynowany był atmosferą Krakowa z początków XX w, a okres Młodej Polski był mu szczególnie bliski. Z jaką swadą potrafił mówić o Rydlu, Wyspiańskim, Uniłowskim, Tetmajerze, o samobójczej śmierci Bałuckiego i Witkacego. Jego narracja wyraźnie kolidowała ze schematem podręcznikowym. Ale takie były czasy...

Ostatni raz widzieliśmy się w czerwcu 2012 na kwidzyńskim zjeździe. Wyglądał kwitnąco z rozwianymi jak zwykle włosami, witany entuzjastycznie przez wychowanków,

I nagle ta wiadomość...

Żegnamy Cię PROFESORZE z głębokim żalem!

Zbigniew Łoś /matura 1959 r./

Istota wspomnień ma to do siebie, że nic nie przemija!

Zbigniew Łoś


18 stycznia 2014roku zmarł w Warszawie, w wieku 70 lat- Wojciech Krukowski.

Urodzony na Mazowszu, całe dzieciństwo przeżył w Kwidzynie, a jego wspomnienia z tego okresu znalazły się w zbiorze „Kwidzynianie ptakom podobni”. To są refleksje o postrzeganiu ziemi kwidzyńskiej jako swojej małej ojczyzny. Tekst serdeczny, bardzo osobisty.

Po ukończeniu studiów na Wydziale Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, Wojciech Krukowski dalsze swoje życie związał z Warszawą, stając się jednym z wyróżniających się animatorów życia kulturalnego.

Jego odejście wspominały wszystkie media i z nich czerpię notatki o działalności p. Wojciecha, o Jego osobowości.

Był reżyserem, kuratorem i historykiem sztuki tworzącym kształt kultury w Polsce po 1989 r. Jako student Uniwersytetu Warszawskiego prowadził klub w stołecznym akademiku przy ul. Kickiego. Potem działał w Hybrydach, współpracował z teatrem pantomimy w Stodole. W początkach lat 70 zaczął myśleć o powołaniu własnego teatru; tak powstała Akademia Ruchu. Akademia Ruchu to był minimalistyczny teatr ruchu, plakatowego przekazu, budowany świadomie na tradycji awangardy. Krukowski i jego zespół grali na ulicy, w tramwaju, na przystanku, w kolejce, na chodniku. To był ich żywioł. Zespół wierzył że sztuka jest narzędziem społecznego porozumienia i że musi się wydarzać w przestrzeni miasta.

Czas późniejszy to dyrektorowanie jednej z największych instytucji artystycznych- Centrum Sztuki Współczesnej posadowionej w Zamku Ujazdowskich. Wojciech Krukowski prowadził tę instytucję od 1990 do 2010 r. Stała się ona  miejscem tworzenia, prezentacji i dokumentacji sztuki najnowszej we wszystkich jej przejawach i aspektach

Nie da się przecenić jego znaczenia dla alternatywnego teatru i dla sztuki w Polsce.

Przeczytałam na różnych forach teksty oceniające aktywną działalność Centrum, przeczytałam szereg wywiadów z Wojciechem Krukowskim. Wszystkie mówiące o wielkim zaangażowaniu p. Wojciecha w życie artystyczne, gdziekolwiek się znajdował, cokolwiek chciał sprowadzić dla polskiej rzeczywistości. A nie były to jeszcze wywiady i pożegnania pośmiertne. Tylko opowieść o rzetelności pracy, kolorowości pomysłów i szczęśliwej ich realizacji. Z tych ciepłych i nawet wielkich słów wynotowuję jedno zdanie

Starał się, by świat był lepszy.

Nasz kwidzyński kolega.


Każdy rok przynosi pożegnanie

Eugeniusz Kozłowski

Kolega z Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej, kolega z naszego kwidzyńskiego Liceum -Matura 1949.

Tak jak większość z nas „Ptaków” które przyleciały do Kwidzyna w powojenny czas, po kwidzyńskiej edukacji kontynuował naukę, studia na UMK w Toruniu. I praca. Teraz pożegnano Gienka wielką ilością nekrologów, ogromną ilością słów wyrażających szacunek dla Jego dokonań, rzetelnej pracy:

„Wielki budowniczy, Dyrektor Kombinatu Budowlanego”

„Wspaniały Człowiek, wielki Dyrektor, którego dokonania i czyny pozostaną na zawsze”

„ To Jego decyzje spowodowały istnienie i rozwój zasadniczej Szkoły Budowlanej”

„ Pomysłodawca i współtwórca Młodzieżowej Spółdzielni Mieszkaniowej w Toruniu”

Pod tymi słowami podpisały się społeczności toruńskie także Stowarzyszenie Ordynacka.

Życie jest tak krótkie, z tych nekrologów dowiadujemy się, że nasz Kolega przeżył je godnie, pracując rzetelnie i z pasją.

Zmarł w Toruniu 25 kwietnia 2013. Żegnamy Go ze smutkiem.

Do tego oficjalnego pożegnania dołączam tekst, który został napisany przez Gienka wtedy, kiedy tworzyła się książka „ Drogi do Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej”. Napisał swoje wspomnienia, opisał drogę do Kwidzyna i dalej w świat. Tekst nie został zamieszczony w książce, za późno wyraził na to zgodę. Ale ponieważ są to losy bardzo ważne, bardzo odważne sądy i spostrzeżenia, za zgodą p. Ewy Kozłowskiej- córki Gienka, umieszczam tamto pisania wśród wypisów z naszych książek. Niech przypomina o Autorze, niech poszerza wiedzę o naszej Szkole- Kwidzyńskim Liceum

Krystyna Gromek


Stanisław Donimirski 1927 – 2012

20 maja 2012 r. otrzymaliśmy wiadomość o śmierci wychowanka przedwojennego Polskiego Gimnazjum w Kwidzynie. Urodzony w 1927 r. w Czerninie k. Sztumu. Był uczniem Gimnazjum w Kwidzynie do 2 maja 1939 r. Zabrany przez mamę z powodu narastających represji ze strony Niemców. Nakaz opuszczenia Powiśla i odebrania paszportu niemieckiego spotkało Kazimierza Donimirskiego w Ramz.

„Szpicle donieśli, że samochód przewiózł coś do nas z majątku Kazimierza Donimirskiego. Było to archiwum Plebiscytu 1920 r. Moja mama zawiozła je do Konsulatu Polskiego w Kwidzynie, a potem przyjechała po mnie do gimnazjum. Kilka dni później przeprowadzono rewizję, w naszym domu w Czerninie.” – Wspomina Stanisław Donimirski.

Staszek, przekraczając granicę w Gardei, nie przypuszczał, że żegna się na zawsze ze światem dzieciństwa i rodzinnym domem.

Losy wojenny rodziny potoczyły się dramatycznie. Niemcy aresztowali jego rodziców – Wandę i Witolda. Oboje znaleźli się w obozach koncentracyjnych. Ojciec zginął umęczony, a Matka przeżyła całą wojnę w Ravensbruck.

Po wojnie losy rzuciły Stanisława do Olsztyna, gdzie trafił z częścią dorosłego już rodzeństwa. O odzyskaniu majątku w Czerninie nie było, co nawet marzyć. Najpierw skonfiskowali go Niemcy, potem przyszła reforma rolna.

Po maturze trafił do Warszawy. Klasowo złe pochodzenie nie przeszkodziło mu jednak w podjęciu studiów na politechnice.

Studentem był tak dobry, że po skończonych studiach inżynierskich zaproponowano mu studia magisterskie. I wówczas nadeszła propozycja niezwykła – zorganizowanie laboratorium i praca w Wojskowej Akademii Technicznej. Złożył papiery - został przyjęty.

Dr Stanisław Donimirski związał się z WAT na całe zawodowe życie.

Od lat zbierał pamiątki rodzinne, wszelkie materiały jej poświęcone, spisując rodową historię. To była jego misja specjalne.

Dziękujemy za krzewienie polskości wśród powojennych roczników kwidzyńskiego liceum oraz silny związek z Powiślem.

/przedruk z „Jednodniówki” XIV Zjazdu Absolwentów I Liceum Ogólnokształcącego im. dr Władysława Gębika w Kwidzynie/


Jeszcze jedno pożegnanie

RYSZARD KIEPAJŁO

Zmarł  31 października 2011 r.

Nad trumną Ryszarda Jego córka Małgosia powiedziała:

„Odszedł Pan Rysiu, pełen ciepła, dobrego słowa człowiek, zamknięty w sobie, ale otwarty na troski innych. Umiejący zachować dystans do siebie i świata. Człowiek, który nigdy nie odwrócił się od kogoś w potrzebie. Służący radą i wsparciem, cierpliwy do bólu i bardzo wyrozumiały. Bardziej żyjący problemami innych niż swoimi. Mistrz serdecznych powitań. Jak twierdzili inni: człowiek drugiego planu przy swoich ambitnych kobietach, które bardzo kochał i wspierał z rozbrajającą cierpliwością. Zakochany w Kaszubach, Wysockim, Żonie, Córkach, Wnukach, Życiu.

Potrafił zaszczepić pasję wędkowania tylko po to, by potem cierpliwie, długimi godzinami rozplątywać cudze żyłki. Kochający ludzi takimi, jakimi są, nigdy nie próbował ich zmieniać. A teraz wszystkim będzie go brakowało. Kaszuby już nigdy nie będą takie same. Jestem pewna, że chciałby powiedzieć do wszystkich: ”ja was pazdrawlaju!”

I tu można by skończyć  tekst pożegnania, ale pięknie wspomina Ryśka Jego Żona Ewa, też nasza Koleżanka. Nie jestem pewna, czy któreś pokolenie może o sobie powiedzieć, że jego życie przypadało na spokojny czas. Nasze też nie. Praca wymagająca wiele zachodu, wielu starań, wielu działań często wręcz niezrozumiałych, a powodujących niszczenie organizmu.

Wspomina nie tylko dla siebie, ale i dla nas, Jego szkolnych koleżanek i kolegów – Kwidzyniaków:

Rysiek urodził się 22 marca 1945 roku w Wilnie, jako pogrobowiec. Jego ojciec – żołnierz zginął na Wale Pomorskim na miesiąc przed urodzeniem syna. Mama - Wanda, jak wielu Polaków na Litwie, musiała podjąć decyzję: czy pozostać w okupowanym przez Rosję Wilnie, czy spróbować przenieść się i zamieszkać w Polsce. Wraz z rodziną męża ( swoich bliskich straciła wcześniej), transportem  wagonami towarowymi jadą w nieznane. Wysadzono ich w Kwidzynie.

Rysiek miał wówczas zaledwie dwa miesiące. Matka musiała pracować, więc zajmowały się nim ciotki, a właściwie znacznie starsze kuzynki, co spowodowało, że uroczego, kędzierzawego, śniadego chłopca  po prostu rozpuściły. Konsekwencją tej miłości i swobody było uczestnictwo we wszystkich psikusach. Szkoła Podstawowa nr 2, potem Liceum Ogólnokształcące, co było wręcz oczywiste, bo Wanda Kiepajłowa - mama Ryśka tu pracowała. Była znaną i kochaną przez wszystkich uczniów woźną. Tu była nie tylko Jego szkoła, ale i dom.

Ale fakt pracy mamy w tej szkole nie skutkował pobłażaniem nauczycieli. Zwykle wracając z lekcji z naszej klasy zaczynali „Pani Wando...” i tu zaczynała się lista przewinień  Ryśka. Tylko nasz wuefista, prof. Sabliński, bardzo Ryśka chwalił i bronił na radach pedagogicznych. Nic dziwnego – Rysiek istotnie zasilał jego drużynę siatkówki i koszykówki, chętnie spędzał czas w sali gimnastycznej.

Napisałam, że nauczyciele „po powrocie z lekcji w naszej klasie”, bo to była i moja klasa. I już bardzo szybko „mój chłopak”.

Profesor Sabliński bardzo mnie namawiał do kibicowania jego drużynie, nawet zabierał mnie na mecze wyjazdowe. Mila Sterankiewicz, uświadomiła mi, że Rysiek dużo lepiej gra w mojej obecności, bo lubił błyszczeć.

Pobraliśmy się 26 października 1968 roku. Wtedy też był piękny październik, ciepły, złocisty, a my: młodzi, radośni mimo zdarzeń roku 1968.

Potem dorosłe życie, praca, rodzina w tym córki: Małgosia i Julia

Pierwsze samodzielne mieszkanie dopiero w roku 1976. Zamieszkaliśmy w nim razem z Mamą Ryśka.

W 1997 roku Rysiek zachorował na zapalenie trzustki. To nie był łatwy czas. Przemiany ustrojowe zniszczyły nasz prywatny biznes i nadal niszczyły zdrowie mego Męża.

Rok 2007 - pierwsze poważne objawy miażdżycy naczyń krwionośnych nóg. W październiku kończącego się roku wylew krwi do mózgu. Nasza ostatnia, 43 rocznica małżeństwa przy Jego łóżku w szpitalu. Ale nie słyszał, że mu dziękuję za przeżyte lata - 43 małżeństwa i ponad 50 lat znajomości, czy raczej wspólnej drogi przez życie.

31 października 2011 już nie żył.

Ewa Matla-Kiepajło


EWA,  nasza szkolna, kwidzyńska koleżanka. Znaliśmy się przez wszystkie lata naszego życia. Korzystaliśmy z wzajemnej przyjaźni.

Odeszła nagle. Jeszcze zdążyła na koleżeńskie spotkanie, pożegnała się z nami chociaż zupełnie nieświadoma tego, że wybiera się w najdalszą podróż.

Chociaż…tyle w niej było serdeczności, że może swoim spokojem chciała powiedzieć

…. Będę z wami zawsze, wszędzie będę, nawet wtedy, gdy mnie już nie będzie

Ewa Wyczawska

z domu Michalska

zmarła 22 czerwca 2011

A więc śpij, EWO, śpij spokojnie
Przyjaciele z Kwidzyna, z Polski, zewsząd


Stanisław Jatkowski 1934 - 2009

„Istota wspomnień polega na tym, że nic nie przemija” – Elias Caretti

Wspomnienia siostry – Anny Szafałowicz z d. Jatkowskiej

Stanisław Jatkowski urodził się 8 maja 1934 r. w osadzie Popławce, powiat Grodno, woj. białostockie. Był synem Hieronima i Antoniny Jodkowskich (nazwisko rodowe zostało zmienione podczas pobytu na Syberii).

W listopadzie 1939 r. NKWD aresztowało ojca, który walczył w obronie Ziemi Grodzieńskiej w katach 1918-1922 w 81 Pułku Strzelców Grodzieńskich. Po aresztowaniu został wywieziony do łagru – „Sewdwinłagr” w obwodzie Archangielskim, gdzie zmarł w lutym 1941 r.

10 lutego 1040 r. matkę wraz z dziećmi, Stanisławem, Anną, Klementyną i Mieczysławem wywieziono na Syberię do Ałtajskiego Kraju, Krajuszeńskiego Rejonu. Tam też z głodu i wycieńczenia ciężką pracą zmarła matka. Po śmierci dziećmi zaopiekowała się przedwojenna sąsiadka, pani Maria Zaniewska. ”Matka Bohaterka” jak później pisał o niej Stanisław w swoich wspomnieniach. Wychowując piątkę swoich dzieci zaopiekowała się nami. Gdy głód i brak środków do życia nie pozwoliły na dalszą opiekę, umieściła nas w Polskim Sierocińcu w Zudziłowie.

4 lipca 1946 r. wraz z pozostałymi dziećmi z sierocińca wróciliśmy do Polski, do Gostynina, a następnie umieszczono nas w Państwowym Domu Dziecka w Kwidzynie, gdzie Staszek ukończył szkołę podstawową i I kl. liceum. Ze względu na stan zdrowia przeniesiono go do domu dziecka w Gdańsku. Ukończył kolejno, Zasadniczą Szkołę Kolejową w Gdańsku i Technikum Kolejowe w Bydgoszczy. W latach 1955-57 odbył zasadnicza służbę wojskową w Bydgoszczy. Zamieszkał na stałe w Gdańsku.

Pracę na kolei rozpoczął w 1953 r. awansując do stanowiska maszynisty i był to jego pierwszy i ostatni zakład pracy. Na emeryturę przeszedł w 1991 r. Był bardzo sumiennym pracownikiem.

Sport był jego pasją. Dbał o swoją sprawność fizyczną, podnosił ciężary i nawet odnosił duże sukcesy.
W 1960 r. ożenił się z Ludwika Sikorską, mieli dwoje dzieci, Mirosława i Danutę. Doczekali się wnucząt. Staszek był wspaniałym bratem, oddanym mężem, ojcem i dziadkiem. Rodzina była dla niego najważniejsza. Poszukiwał swoich korzeni, pamiątek po przodkach. Odnalazł po wojnie dalszą rodzinę, z która utrzymywał kontakt. Uczestniczył we wszystkich spotkaniach rodzinnych, dbał, by po nich pozostał ślad w postaci fotografii. Fotografowanie to też jedna z Jego pasji. Dzięki Niemu posiadamy dużo zdjęć z rodzinnych uroczystości z przed laty.

Był pomocny i opiekuńczy również wobec osób spoza rodziny. Opiekował się do śmierci byłym dyrektorem Polskiego Sierocińca p. Przelaskowskim. Czcił pamięć naszych rodziców i osób, którzy nam ich zastępowali – wychowawczyni z sierocińca p. Smodlibowskiej Niewiadomskiej, która przywiozła dzieci polskie do Ojczyzny, wychowawczyń z Domu Dziecka w Kwidzynie- co roku odwiedzał ich groby. Przyjeżdżał na każde spotkanie Klubu Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej.

Swoja miłość do Ojczyzny zaszczepiał w młodych ludziach poprzez przykład własnego życia.

Szlachetny człowiek, z pasją odkrywania kart historii rodzinnej. Bardzo nam go brakuje. Nie zdążyliśmy zapytać, podziękować…

Cześć jego pamięci!

Anna Szafałowicz


erdeczne wspomnienia

Niestety, znów żegnam kilka osób z naszego kręgu. Koniec lata i wczesna jesień zabrały ze sobą Witka Charewicza, Prof. Irenę Słowińską i Gienię Kurowską. Chciałoby się mieć pretensje do odlatujących ptaków, że „zabierają” ze sobą naszych bliskich.

Każda z tych osób zaznaczyła się w naszym działaniu i w naszej pamięci. Ze smutkiem ich żegnamy….

Witold Charewicz

Kolega z kwidzyńskiego Liceum w latach 1952-56. Kiedy wspominało się Witka, wszyscy pamiętali, że był chemicznym geniuszem. A także, że chętnie angażował się w sporcie grając w szkolnej drużynie siatkówki.

Pochodził, tak jak wielu kwidzyniaków z Wołynia, gdzie urodził się w 1939 roku w Równem. Potem zwykłe losy repatrianta prowadzące do Kwidzyna. Szkolne zainteresowania zaowocowały decyzją o studiach chemicznych, które podjął i ukończył na politechnice Wrocławskiej. I to było Jego miejsce na ziemi. Katedra Chemii Nieorganicznej. Kolejne ważne przedsięwzięcia: twórca Polskiej Szkoły Metalurgii i Hydrometalurgii, założyciel Zakładu Hydrometalurgii, twórca laboratorium badań izotopowych. Liczne patenty, opracowania, udział w konferencjach międzynarodowych, wykłady na uczelniach świata.

Tytuły i funkcje uczelniane, w tym wieloletnia działalność na stanowisku prorektora Politechniki Wrocławskiej. Dorobek naukowy, specjalistyczny i przebogaty. Nie zrezygnował z uprawiania sportu i do czasów obecnych, dwa razy w tygodniu grał w siatkówkę. Był jednym z prezesów AZS.

Człowiek wielkiego umysłu, ogromnej witalności. Odszedł we wrześniu 2009 roku, prawie w „ przeddzień” swojej przeprowadzki do Gdańska, gdzie już będąc na emeryturze zamierzał pracować na Politechnice Gdańskiej. Jakże szkoda, że swoich umiejętności i siły sprawczej nie podaruje już Gdańskowi.

Osierocił córkę Beatę i Jej rodzinę, oraz żonę Danutę

Tekst na podstawie rozmowy telefonicznej z p. Danutą Charewicz

Prof. Irena Słowińska

Nauczycielka fizyki w Liceum Ogólnokształcącym w Kwidzynie w latach 50-tych XX wieku. Uczniowie postrzegali Ją jak koleżankę, bo była delikatną młodą osobą o ujmującym uśmiechu. Była jednak starsza od nich, bo urodziła się w 1925 roku. Na Wołyniu we wsi Lipniki. Działania wojenne powodowały częste zmiany zamieszkania: Równe, Kostopol. I stąd powojenna wyprawa do Kwidzyna, gdzie było wielu znajomych z Kostopola, w tym nawet część rodziny.

         Nauka w Liceum Pedagogicznym w Kwidzynie i zaraz potem praca w szkole w Ryjewie, w szkole podstawowej w Kwidzynie, następnie kwidzyńskim Liceum Ogólnokształcącym ( po ukończeniu edukacji w Gdańsku).

W Kwidzyńskim liceum pozostała zaledwie może 5 lat. Wyjechała uczyć gdzieś na Mazury, potem skierowała się w okolice Wrocławia, gdzie mieszkali Jej najbliżsi. Pracowała w Liceum Ogólnokształcącym w Oławie. Wybierała małe miasta, bo chciała być przydatna właśnie tam, gdzie była szczególnie potrzebna młodym ludziom, Jej uczniom.

Z Kwidzynem była serdecznie związana, bywała na zjazdach szkolnych, pisała do swoich wychowanków piękne listy, opowiadała o czasach i ludziach kwidzyńskich szkół.

        W książce o rodach kwidzyńskich, „ Drogi do Małej Ojczyzny” ze wzruszeniem przeczytała tekst swego ucznia, Mariana Kopija:

Kiedy byłem w dziewiątej klasie do grona nauczycielskiego dołączyła pani Irena Słowińska, moja Pani ze szkoły podstawowej. Zawdzięczam Jej całe dobro, jakie mogłem wynieść ze szkoły. Otrzymałem na piśmie, osobiście adresowane do mnie nauki, przestrogi i rady jak żyć, co w życiu jest ważne, z kogo brać wzór. I mimo, że pisane zbiory lekkomyślnie postradałem, to zawarte w nich nauki w swoim życiu spożytkowałem.

Zmarła w październiku tego roku we Wrocławiu. Żegnało Ją wiele, wiele osób.

Opracowanie na podstawie rozmowy z siostrą prof. Ireny Słowińskiej

Genowefa Dąbrowska ( Kurowska)

W dniu pogrzebu prof. Słowińskiej zmarła Jej uczennica z kwidzyńskiego Liceum i wieloletnia młodsza Przyjaciółka Gienia Kurowska.

Genowefa Dąbrowska ( po mężu Kurowska) urodziła się jesienią 1935 roku na Pomorzu, w małej wiosce Widlice nad Wisłą. Ale losy raczej Ją wiążą z Opaleniem, z Gniewem, z Korzeniewem.

Wojna, okupacja, przymus pracy rodziców na rzecz Niemiec. Dzieci wychowywały się niejako same, ale może dlatego były tak bardzo samodzielne, ruchliwe, ciekawe świata, lubiły się uczyć. Gienia szybko zorientowała się, że nauka w wiejskiej szkole nie spełni Jej ambicji, więc w maju 1947 sama zapisała się do Szkoły Podstawowej Nr1 w Kwidzynie, a po jej ukończeniu zdecydowała się na edukację w szkole średniej.

        Była pierwszym dzieckiem w licznej rodzinie, które poszło do szkoły średniej i zdało maturę. A nie było to proste, kiedy znało się w polskiej szkole przede wszystkim język niemiecki, kiedy na lekcje trzeba było dotrzeć kolejką, a potem pieszo. Spory szmat drogi. Każdego dnia… 

Małżeństwo, macierzyństwo, studia, odpowiedzialna praca w instytucjach, przede wszystkim w bankowości. Pracę zawodową skończyła w 1990 roku na stanowisku głównej księgowej Urzędu Wojewódzkiego w Toruniu.

Tematem nadrzędnym, dla osób, które Ją z żalem wspominają, jest niezwykłe ciepło, którym obdarzała wszystkich wokół, niezwykła potrzeba łączenia ze sobą ludzi. Po to, by nie zerwali kontaktów ze sobą, ze swoją szkołą, swoim miastem. Dysponowała adresami, prowadziła rozmowy, pocieszała. Nigdy nie zostawiała nikogo w potrzebie, potrafiła spokojnym tonem i w przemyślany sposób naprowadzić sprawę na proste tory.

Kontaktowała się z młodszymi od siebie i starszymi. W tym ze swoimi Profesorkami, z którymi prowadziła korespondencję i rozmowy do końca ich życia. I do końca swojego.

W czerwcu 2009 roku przyjechała do Kwidzyna na promocję książki : Drogi do Małej Ojczyzny”. W książce jest piękny Jej tekst, o Jej losach, napisany z myślą o uporządkowaniu wspomnień i podarowaniu ich Synowi, Wnukom, Prawnukom.

Odszedł piękny Człowiek. Nie do zastąpienia.


Żegnamy Kolegę z naszego Klubu.

30 sierpnia 2009 zmarł nagle Józef Górski. Znamy Go przede wszystkim z wiernego towarzyszenia działaniom klubowym. Był na każdym zjeździe klubowiczów.

Absolwent Technikum Młynarskiego z roku 1969. Pracował w Zakładach Zbożowo-Młynarskich w Sopocie, następnie w PLO Gdynia. Po zejściu z pływania, rozpoczął własną działalność gospodarczą w gastronomii a następnie w hotelarstwie. Rozpoczął od dzierżawy zajazdu "Burczybas" k/Żukowa następnie kupił zajazd "Gniewko" K/Gniewu , w ostatnich latach wybudował hotel "Górski" k/Pruszcza Gd. i kupił hotel "Merkury" k/Straszyna /który jest w trakcie rozbudowy.

Podziwem napawa jego aktywność, umiejętności organizacyjne, chęć życia, życzliwość dla ludzi. Odszedł…

Pochowany został na cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku.

Tekst na podstawie informacji Michała Kamińskiego i Bogdana Mazura


W środę, 12 sierpnia 2009, pożegnaliśmy Henryka Hawliczka.

Zmarły przed kilkoma dniami, Kwidzynian z wyboru, był powszechnie znanym i szanowanym pracownikiem instytucji państwowych i partyjnych Przede wszystkim był jednak wychowawcą, nauczycielem pracującym we wszystkich instytucjach, które zajmowały się tworzeniem uczciwego, młodego człowieka.

Harcerz, biorący udział w tworzeniu powojennych struktur Związku Harcerstwa Polskiego. Z potrzeby działania, z chęci opieki nad młodszymi od siebie. 

Był aktywny nawet na emeryturze udzielając się w Związku Nauczycielstwa Polskiego, w Komendzie Hufca ZHP, w towarzystwie Miłośników Ziemi Kwidzyńskiej, w Klubie Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej.

W autobiograficznym tekście zamieszczonym w książce "Kwidzyn. Drogi do Małej Ojczyzny" napisał z dumą o sobie: Nie zmarnowałem swojego życia! 

I tak rzeczywiście było.

Klub Małej Ojczyzny Kwidzyńskiej żegna Cię Henryku z wielkim wzruszeniem.

Kwidzyn, sierpień 2009 

Zajrzyj koniecznie do odsyłacza informacje i ogłoszenia!